Protesty studenckie. Jak naprawdę wyglądają? – Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 16.06.2018

Protesty studenckie. Jak naprawdę wyglądają?

Studenckie protesty przeciwko reformie szkolnictwa wyższego bardziej przypominają pełne rozrywki happeningi, niż próbę poważnej dyskusji na istotny temat. Co ważne – głownie protestują studenci i doktoranci, których reforma w zasadzie nie dotyczy. Z kolei naukowcy są znacznie bardzie powściągliwi, a może zwyczajnie brakuje im odwagi, żeby jednoznacznie przeciwstawić się obecnemu rządowi?

Strajk okupacyjny na Uniwersytecie Gdańskim.

Polska nauka co najmniej od kilkunastu jest w głębokim kryzysie. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy była wprowadzona przez Mirosława Handkego, która praktycznie wyeliminowała szkoły zawodowe, wprowadziła gimnazja i system testowych matur, co w sposób dramatyczny obniżyło poziom wiedzy i umiejętności kandydatów na studia. W efekcie obniżył się równie dramatycznie poziom nauczania akademickiego, bo cóż mogli zrobić najlepsi nawet wykładowcy, którzy nagle stanęli przed studentami nie mającymi podstawowej wiedzy? Wskutek tego znacznie trudniej było znaleźć właściwych kandydatów na przyszłych naukowców… Zmniejszyła się także liczba profesorów zwyczajnych (tzw. belwederskich), którzy zwyczajnie nie doczekali się swoich godnych następców.

Nieco innym zagadnieniem, ale także wartym wspomnienia jest stan polskiej nauki w kontekście badań, publikacji, wynalazków i patentów. On także od lat nie wyglądał dobrze. Brakowało i wciąż brakuje pieniędzy, możliwości technicznych, infrastruktury, a także właściwego systemu motywującego naukowców do efektywnej pracy. W konsekwencji powstają publikacje o niskiej wartości naukowej, a wyjazdy na zagraniczne stypendium dla młodego, zdolnego naukowca graniczy z cudem. Jeśli nawet taki wyjazd uda się zorganizować – rzadko kiedy przynosi efekty w postaci wartościowych prac naukowych.

Dziś wiele uczelni to w istocie miejsca, w których panuje nepotyzm, kumoterstwo i dążenie do tego, żeby robić jak najmniej. Nie dobiera się kadry naukowej na podstawie wiedzy, umiejętności, innowacyjnego spojrzenia na naukę. Znaczenie mają personalne „układy”. I niech nikogo nie zmylą organizowane przez uczelnie konkursy na stanowiska adiunktów, czy profesorów… Najzdolniejsi trafiają do sektora prywatnego, który z sukcesami wykorzystuje ich potencjał.

Obszar przez lata niereformowany ponad wszelką wątpliwość wymaga zmian. I takie zmiany zaproponował wicepremier przedkładając projekt ustawy 2.0.

Jej założenia wydają się z gruntu słuszne – mowa o promowaniu innowacyjności; skierowaniu nauki na tory biznesowe – jako istotny element wspierający przedsiębiorczość; możliwości kształtowania struktur uczelni wyższych w sposób elastyczny, biorący pod uwagę zapotrzebowania rynkowe, a co chyba najważniejsze – powrót do sytuacji, w której studia będą kuźnią elit. Wszak nie każdy powinien studiować! Nie każdy powinien być magistrem!

Równolegle odbudowuje się szkolnictwo zawodowe i technika, co jest ciekawą odpowiedzią na zapotrzebowania rynkowe, bo w Polsce od lat brakuje mechaników, hydraulików, murarzy i techników, których zastępuje nadmiar niepotrzebnych nikomu, marnych magistrów socjologii czy pedagogiki.

Od 13 czerwca w wielu miastach odbywa się okupacja uniwersytetów, będąca – wedle deklaracji – wyrazem sprzeciwu środowiska akademickiego wobec ustawy 2.0 mającej na celu reformę szkolnictwa wyższego.

Okupacja uczelni odbywa się w Warszawie, Łodzi, Krakowie, Szczecinie, Gdańsku i Wrocławiu, a także w Białymstoku, Opolu, Katowicach, Rzeszowie i Toruniu. Protest rozpoczęły się tydzień temu, gdy studenci, doktoranci i pracownicy naukowi zajęli balkon Pałacu Kazimierzowskiego Uniwersytetu Warszawskiego. Akademicki Komitet Protestacyjny działa obecnie na 15 czołowych uczelniach w kraju.

Ze zdumieniem należy zauważyć, że w większości protestuje grupa, których reforma Gowina nie dotyczy – są to studenci i doktoranci, którzy swój tok edukacji dokończą zgodnie z dotychczasowymi zasadami, ponieważ reforma dotyczy tylko naukowców i przyszłych studentów. Co ciekawe – ci ostatni nie protestują.

Można odnieść wrażenie, że naukowcy, którym nie podobają się zmiany, sprytnie i nieco tchórzliwie schowali się za studentami, których najprawdopodobniej zainspirowali do zorganizowania tzw. protestów okupacyjnych, a te w większości ośrodków akademickich przypomina raczej happeningi i zabawę, aniżeli poważny protest.

Z jednej strony to zrozumiałe, bo reforma Gowina nie jest żadnym zagrożeniem dla nauki, z drugiej zaś napawające niepokojem, bo w okresie sesji egzaminacyjnych studenci powinni albo się uczyć, albo zdawać egzaminy. Na zabawę przyjdzie czas w wakacje. No chyba, że mowa o kolejnej grupie przyszłych marnych magistrów socjologii, czy pedagogiki, którzy i tak uczą się niewiele.

VN:F [1.9.22_1171]
OCEŃ ARTYKUŁ
Wynik: 10.0/10 (wszystkich: 3)
Protesty studenckie. Jak naprawdę wyglądają?, 10.0 out of 10 based on 3 ratings

Polub Gazetę Bałtycką na Facebooku:

Autor

Michał Lange

- publicysta i komentator. Twórca niezależnych mediów. Autor artykułów naukowych i popularnonaukowych dotyczących języka polityki, PR i marketingu politycznego. Twitter: @MichalLange

Dodaj komentarz

XHTML: Można użyć znaczników html: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>