Kościół na sprzedaż? "Hierarchowie coraz bardziej wierzą w mamonę" | Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 20.07.2020

Kościół na sprzedaż? „Hierarchowie coraz bardziej wierzą w mamonę”

Zacznę od tego, że jestem katolikiem. Wychowanym w duchu wiary. Przeświadczonym, że rola kościoła katolickiego w historii Polski była (i, mam taką nadzieję, jest) niebagatelna.

W mojej świadomości to właśnie był w dawnych czasach źródłem rozwoju gospodarczego, społecznego i politycznego na ziemiach pomiędzy Bugiem i Odrą.  W trudnych czasach zagrożeń dla polskości umiał stanąć po „właściwej” (czytaj – polskiej) stronie, przyczyniając się do zachowania odrębności kulturowej, językowej, cywilizacyjnej. W czasach tragicznych dla Polski (a takich w historii mieliśmy co niemiara) to właśnie „instytucjonalni przedstawiciele kościoła” (księża, zakonnicy) bardzo często byli ostoją, na której mogli wspierać się polscy patrioci walczący o narodowe przetrwanie.

Nie jest też tajemnicą, że w tych, jak to określiłem, tragicznych czasach, to właśnie  przedstawiciele kościoła ponosili niezwykle bolesne straty.  Nie mnie oceniać, dlaczego postawa kościoła była taka a nie inna.  Różne źródła różnie te zagadnienia ujmują. Uważam jednak, że nie czas tu na uczone dysputy. Pewną miarą skuteczności działań kościoła na ziemiach polskich był, pamiętany przez moje pokolenie, wybór Karola Wojtyły na papieża. Wybór, który w konkretnych warunkach walnie przyczynił się do głębokich zmian w całym europejskim tak zwanym „bloku państw demokracji ludowej”.

Chcę tu też podkreślić, że jeszcze przed tym wyborem, w drugiej połowie lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku rozpoczął się niewiarygodny wręcz rozwój budownictwa sakralnego w Polsce. Z jednej strony – serce rosło, gdy widziało się w każdej miejscowości nową świątynię. Pod każdym względem nowoczesną, architektonicznie zazwyczaj piękną, bardzo często – bogatą. Z drugiej – wszyscy zastanawialiśmy się, czy kościół stać na takie „budowlane rozpasanie”. Ale ludność przemieszczała się ze wsi do miast. (W końcu – budowaliśmy „drugą Polskę”). W tych – powstawały nowe dzielnice. By niedzielne spacery do kościoła nie zabierały zbyt dużo czasu – nowe domy boże, wydawało się, są w pełni uzasadnione. Dodatkowego smaczku (satysfakcji) owym nowym kościołom przydawał fakt, że do końca lat sześćdziesiątych uzyskanie zgody „komunistycznych” władz polskich na budowę, a nawet remont kościoła – było bardzo trudne.  (O pozyskaniu materiałów budowlanych w gospodarce wiecznego niedoboru nawet nie wspomnę. Przedstawiciele kościoła potrafili ten problem rozwiązywać!)

Równocześnie w kościele następowały poważne zmiany. Wydaje się jednak, że były one w głównej mierze wynikiem II Soboru watykańskiego. Dało się zauważyć coraz większą rolę biskupów. W mojej ocenie ich „samodzielność” w podejmowaniu decyzji bardzo szybko zaczęła przekształcać się w  gromadzenie bogactwa. (Być może ta ocena jest niewłaściwa. Moja znajomość zagadnień kościoła jest znikoma. Takie są moje odczucia. Mogą wynikać one także z tego, że inaczej widziałem świat w dzieciństwie i młodości niż teraz, gdy dobiegam „swego” wieku).  Ta skłonność do bogacenia się szybko przeniosła się na poszczególne parafie. A ci proboszczowie, którzy, jak już wspomniałem, byli zaradni na przykład w budowaniu nowych kościołów, byli też zapewne zaradni w pomnażaniu bogactwa kościoła. (A zapewne także swojego własnego majątku).

To chyba gdzieś w tamtych czasach zaczęły krążyć informacje o kochankach księży, o ich dzieciach. Ludzie byli gotowi wiele wybaczyć, bo w końcu w naszej dzielnicy (miasteczku, wsi) powstał (został wyremontowany) nowy kościół. Nie do przecenienia jest rola kleru w przemianach politycznych lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. W tamtych czasach naprawdę kapłani musieli wykazać się wielką osobistą odwagą, by stanąć po stronie ludu. Przeciwnik polityczny dysponował bardzo sprawną policją polityczną. Jej funkcjonariusze byli nie tylko dobrzy w swoim zawodzie, ale także, gdy trzeba było, bardzo bezwzględni. Co w pewnym stopniu usprawiedliwiać może tych kapłanów, którzy załamali się i poszli na współpracę z SB.

Przemiany ustrojowe, które nastąpiły w Polsce, szybko spowodowały, że to właśnie kler, chyba jako pierwszy, „poznał siłę swoich pieniędzy”. Nie potrafił zapanować nad tym św. Jan Paweł II, nie potrafił Benedykt XVI, prawdopodobnie nie podoła i Franciszek. Mimo jego nawoływań o skromność. Mimo działań mających ukrócić przestępcze działania nie tylko szeregowych funkcjonariuszy kościoła, ale także biskupów.

Rewolucja informatyczna spowodowała, że przepływ informacji jest niezwykle szybki i, przynajmniej jak dotąd, trudny do kontrolowania przez władze starające się zachować wizerunek demokratycznych. (Są „sprawdzone” wyjątki – Chiny i KRLD. Ale one tylko potwierdzają regułę). W tej sytuacji wszyscy, którym pozycja kościoła (religii – owego „opium dla ludu”) nie podoba się, gotowi są zrobić wszystko, by tę pozycję podważyć. Stąd w Polsce od pewnego czasu wiodącym tematem jest sprawa „pedofilii w kościele”. Temat niezwykle „nośny”. Tyle tylko, że jakoś nikt nie próbuje zmierzyć się z problemem pedofilii. A ta, przynajmniej w społecznym odczuciu, znacznie bardziej opanowała świat tak zwanych celebrytów (ogólnie – ludzi znanych z tego, że są znani).

Niestety, w świecie, w którym młodych ludzi uczy się, że wszystko jest dozwolone („róbta, co chceta”), że  jedyną wartością człowieka jest ilość posiadanych przezeń pieniędzy, gdy przez lata bezrobotni rodzice stracili resztki autorytetu, gdy nauczyciel staje się jedynie obiektem, któremu można na głowę włożyć kosz na śmieci, gdy w otaczającym świecie nie ma niczego stałego, co mogłoby stanowić jakikolwiek fundament, to właśnie wspomniani „celebryci” są, mam nadzieję, że tylko zastępczymi i tylko chwilowymi „autorytetami” dla młodych.

Tym niemniej współczesne ataki na przedstawicieli kościoła i kościół jako „instytucję” zdają się odnosić sukcesy. Tym bardziej, że nie widać żadnych sił, które chciałyby do młodych dotrzeć z przekazem pokazującym prawdziwy obraz całego kościoła. Nie pomaga w tym sam kler. W końcu ilu księży gotowych jest prezentować wobec młodych swoje zdanie? Kto stanął w obronie  księdza Jankowskiego, gdy w Gdańsku obalano jego pomnik? Za życia prałata nie postawiono mu zarzutów. (Prokuratura badała sprawę jego zachowań). Czy znalazł się choć jeden, który głośno przypomniał zasługi księdza Henryka?

Z moich rozmów z wieloma gdańszczanami wynika, że tych było mnóstwo. I nie mam tu na myśli jego działań w stoczni w pamiętnym sierpniu 1980 roku. I nie mam tu na myśli kościoła św. Brygidy, którego historią i wystrojem chwalić się dziś mogą  nie tylko gdańszczanie, ale wszyscy Polacy.  Mam na myśli jego działalność dla przeciętnych ludzi. Którym pomagał w leczeniu, w załatwianiu formalności kościelnych. (Tak, tak. Gdy jedni kapłani rzucali „owieczkom” kłody pod nogi, Jankowski – pomagał).

Kto przybliża dziś młodym bohaterską postawę ks. Jerzego Popiełuszki? Dziś niemal zapomnianej ofiary brutalnego morderstwa dokonanego przez funkcjonariuszy państwa. W związku z ogłoszeniem na terenie Rzeczpospolitej „stanu epidemicznego” władze wprowadziły drastyczne ograniczenia swobód obywatelskich, w tym w praktyce możliwości spełniania praktyk religijnych. Przypomnę, że działo się to tuż przed największymi świętami katolickimi i w czasie Bożego Ciała. O ile wiem, żaden z biskupów nawet nie zająknął się w tej sprawie. Im było dobrze. Na wszelki wypadek ogłosili, że wierni (wspomniane wyżej owieczki) mogą realizować swoje potrzeby religijne w domach, przed telewizorem.

Czyżby zapomnieli o ustawie zwanej konkordatem? Czy może władza kupiła ich milczenie obietnicą przekazania takich czy innych dóbr? Jak by tam nie było, w moim odczuciu postawa biskupów znacząco odbije się na religijnej aktywności Polaków. (Jedyny wyjątek – jakiś wikary z Polski stwierdził, że „wirus jest wyjątkowo pobożny”. Bo nawiedza kościoły, ale już nie wchodzi do sklepów).

Ostatnio w przestrzeni publicznej pojawiła się informacja, że jeden z bardziej znanych (niekoniecznie z dobrej strony) polskich „katolików” zawarł kolejny kościelny. Jeśli moja wiedza jest prawdziwa, to musiał unieważnić (uznać za niebyłe) jego poprzednie, ponad dwudziestoletnie małżeństwo. Bardzo ciekaw jestem, jakie to przesłanki uzasadniły takie stanowisko biskupiego sądu.

Moja pamięć przypomniała mi, co mówił ksiądz, gdy ślub składałem swoje małżonce.  Mniej więcej brzmiało to: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. Małżeństwo przez was zawarte, ja powagą Kościoła katolickiego potwierdzam i błogosławię ”. Przedtem było jeszcze coś o chorobie i zdrowiu, o wierności małżeńskiej aż do śmierci.  I cóż z tego pozostało w przywołanym wyżej przypadku?

Wyrok biskupiego sądu powoduje kolejne dylematy przeciętnego wierzącego. Czy naprawdę stając obok bohaterskiego katolika zawierającego kolejny ślub kościelny w kościele będę w stanie przekazać mu znak pokoju? Czy z ręki księży wchodzących w skład sądu biskupiego rozstrzygającego sprawę będę gotów przyjąć Ciało Chrystusa? Wiem. Te stwierdzenia graniczą niemal z herezją. Ale, to przecież sąd biskupi powołany do pilnowania, by sprawy były rozstrzygane zgodnie z prawem kanonicznym, podjął taką, nie tylko niezrozumiałą, ale w moim odczuciu szkodliwą decyzję.

Nic mnie nie przekona, że nie stały za nią pieniądze i to niemałe. Nie zmienią tego stanowiska argumenty typu: „papież Franciszek zalecił złagodzenie wymogów pozwalających na unieważnienie małżeństwa”. Na pewno wolą Franciszka nie była zamiana aktu małżeństwa w akt rejestracji związku.

Znam przypadek, w którym na pewno Franciszek zgodziłby się na unieważnienie związku. Pan zniknął około trzydzieści lat temu, gdy pobił małżonkę. Od tego czasu dosłownie słuch o nim zaginął. Zapomniał o dwóch swoich córkach, nie przekazał ani złotówki na ich utrzymanie. Gdyby pani dzisiaj chciała zawrzeć kościelny związek małżeński, musiałaby najpierw unieważnić tamten, sprzed ok. trzydziestu pięciu lat. Do niedawna (do zaleceń Franciszka w sprawie unieważniania związków małżeńskich) było to praktycznie nie do przeprowadzenia.

Czasem przywołuję hasło znane jeszcze z PRL-u: „Polak potrafi”. Tym razem to polski (zapewne) sąd biskupi udowodnił, że to prawda. Tylko czy na pewno chcemy, żeby „takie rzeczy” Polak potrafił? Odnoszę wrażenie, że ostatnich trzydzieści lat pokazuje, że polski kościół zaczyna coraz bardziej wyznawać wiarę do najważniejszego bożka współczesności, do mamony. Nie bardzo mogę pogodzić się z tym, że najbardziej gorliwymi wyznawcami tej wiary stają się hierarchowie tego kościoła. Czy rzeczywiście we współczesnym świecie wszystko jest na sprzedaż? Nawet kościół?


Polub Gazetę Bałtycką na Facebooku:

Autor

- publicysta, komentator i felietonista.