Magnificent Muttley – łączy wszystko, co najlepsze w muzyce rockowej
Z zespołem poznaliśmy się po koncercie w elbląskim klubie Mjazzga. Koncert odbył się w niedziele, 2 marca i mimo wieczornej pory tego ostatniego dnia weekendu przyciągnął ponad czterdziestoosobową publikę. Magnificent Muttley występują razem na scenie od 4 lat.
W ciągu tak krótkiego okresu wyróżnili się na polskiej scenie muzycznej, zwyciężając konkurs młodych talentów na festiwalu w Jarocinie i zdobywając nagrodę Instytutu Adama Mickiewicza „Boarder Breaker” dla zespołu z największą szansą na zagraniczną karierę. Zespół nie występował jeszcze za granicą, ale przyznają, że mają już takie plany. Grają alternatywnego rocka, a ich muzyka łączy w sobie wszystko, co najlepsze w muzyce rockowej. Ostre gitarowe riffy, melodyjne wokale, dużo improwizacji i niesamowitej energii. W skład zespołu wchodzi Krzysztof Pożarowski na basie i wokalu, Alexander Orłowski na perkusji i Jakub Jusiński na gitarze. Po krótkiej rozmowie muzycy zgodzili udzielić mi krótkiego wywiadu.
Agata Żurańska: Krzysiek, z tego co wiadomo, grasz również z Paulą i Karolem. Skąd inicjatywa założenia, tak odmiennego, Magnificent Muttley?
Krzysztof Pożarowski: Nie było żadnej precyzyjnej inicjatywy. Poznaliśmy się z Kubą około 5-6 lat temu, podobno drugi raz. Trochę z tego pamiętamy, ale nie wszystko.
Jakub Jusiński: Poznaliśmy się jako dzieci. Nasi rodzice się kumplowali.
KP: Kiedy poznaliśmy się ponownie okazało się, że obaj gramy muzykę. Kuba powiedział mi, że Olek gra na perkusji i wyszło na jaw, że nie kłamie (śmiech).
AŻ: A skąd znacie się wy, Kuba i Olek?
JJ: Cóż… mamy wspólną mamę.
Aleksander Orłowski: Wspólną mamę, ale innych ojców, więc jesteśmy przyrodnimi braćmi. Wychowaliśmy się w jednym domu. Mieliśmy pokoje obok siebie i co rano był w mojej kuchni (śmiech).
JJ: W sumie można powiedzieć, że wszyscy znamy się od dziecka. Ja z Olkiem od jego urodzenia, a i z Krzyśkiem poznaliśmy się, kiedy byliśmy dziećmi, tylko później musieliśmy to zrobić na nowo.
AŻ: Wydaliście już dwie EPki (wydane w 2010 i 2013) i jedną LP („Magnificent Muttley” wydana w 2012). Głównym waszym sukcesem jest EPka, którą sprzedajecie teraz („Little Giant”)?
AO: Nie wiem, czy można to nazwać sukcesem. Z pewnością jest to najświeższa rzecz, jaką zrobiliśmy i jesteśmy z niej najbardziej zadowoleni.
JJ: No tak, ale gdyby nie pierwsza płyta, nie było by tej EPki. Nie jesteśmy do końca zadowoleni ze sposobu, w jaki nagraliśmy LP, ale bardzo ją cenimy. Album został doceniony w wielu podsumowaniach 2012 roku, np. Polityki i Przekroju i to jest super.
AŻ: Najświeższa EPka zawiera utwory z otwARTej sceny Live w Warszawie. W jaki sposób się tam dostaliście?
KP: Leszek Biolik nas zaprosił. Opowiadał nam, że jeden z jego znajomych usłyszał nas jak graliśmy support przed zespołem „Pogodno” w Warszawie. Przekazał mu, że jeżeli szuka zespołów, to słyszał nas na żywo i spodobaliśmy mu się. Leszek Biolik przesłuchał nas i uznał, że jesteśmy świetni.
AŻ: Z tego co zrozumiałam planujecie wydać drugi pełny album. Ile materiału macie już gotowe?
JJ: Już jakiś czas siedzimy nad materiałem, ale nie mamy jeszcze nic zarejestrowanego. Płytę planujemy wydać jeszcze w tym roku, ale nigdy nie wiadomo, co się przydarzy. Gdyby to wszystko tylko od nas zależało, to świat byłby piękny (śmiech).
AO: Ciekawostka. Na dzisiejszym koncercie były dwa numery, które znajdować się będą na nowej płycie. Były to „Hound” i „Feel So Much”
AŻ: Jak przyjął Was Elbląg?
MM: Super. Świetnie. Bombowo. (śmiech)
KP: Nigdy nie graliśmy tutaj, więc nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać.
JJ: Prawda jest taka, że była spora konkurencja, bo wczoraj graliśmy w Gdyni, w jednym z naszych ulubionych pozawarszawskich klubów, czyli Desdemonie. Spodziewaliśmy się, że tu będzie ok, albo nawet słabo, bo jest niedziela, a raczej w niedziele ludzie siedzą w domach i oglądają telewizję. Obawiałem się kilkunastu sprzedanych biletów, a wyszło świetnie. Naprawdę nie spodziewaliśmy się, że będzie taki dobry odbiór i kontakt z publiką.
AŻ: Mimo wszystko spotkaliście się z ponad czterdziestoosobową publiką. Jak odczucia?
KP: Jesteśmy przyzwyczajeni, że na naszych koncertach często się stoi. Publiczność dziś była świetna. Zdarzało nam się grać koncert dla takiej samej ilości osób, gdzie ludzie stali sztywno i nasz koncert odbierali gdzieś w swoich głowach, a dziś było inaczej. Był żywiołowy odbiór. Nie mówię, że ludzie tańczyli pogo, ale widać było, że czują naszą muzykę. Dali nam odczuć, że to co gramy jest dobre i podoba im się.
JJ: Nie zgodzę się z tym, że ludzie dziś po prostu stali. Zdarzyło nam się dawać koncerty publice, która stała i patrzyła na nas, jakbyśmy byli nienormalni. Dziś tego nie było.
AŻ: Czyli możemy się was jeszcze spodziewać tu, w Elblągu?
JJ: Oczywiście. Nie wiemy tylko czy przed, czy po wydaniu płyty.
AŻ: Olku, do Ciebie mam ostatnie pytanie. Intrygowało mnie to już podczas koncertu: Skąd pomysł i kto wykonał malunek na Twoim naciągu?
AO: Trafne pytanie. Autorką jest przyjaciółka mojej mamy i mojego ojca Pani Bibińska. Jest nauczycielką WOKu w liceum, do którego uczęszczałem R11; fantastyczna i wyluzowana osoba. Wpadłem kiedyś na pomysł, że fajnie byłoby mieć tam coś ciekawego, bo wszyscy bębniarze, oprócz tego, że grają w słuchawkach i są obrzydliwi (śmiech), mają bardzo brzydkie naciągi z przodu. Przyszedłem do niej kiedyś na lekcję z naciągiem i poprosiłem, żeby namalowała mi na nim coś świetnego. Zrobiła to i na totalnym luzie namalowała wszystko, włącznie z piersiami, które się tam znajdują. To był całkowicie jej pomysł, a ja jestem bardzo szczęśliwy, że mam ten naciąg. Teraz kupiłem nowe bębny i są większe, więc niestety tego malunku już niedługo na scenie nie będzie.
AŻ: Dziękuję za wywiad i mam nadzieję, że jeszcze się tu spotkamy.
MM: My również dziękujemy