"Ciepła woda w kranie", czyli jak hodowano neo–niewolników | Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 11.07.2017

„Ciepła woda w kranie”, czyli jak hodowano neo–niewolników

Stajesz przed zadaniem, które masz rozwiązać. Ty właśnie, nie kto inny. Patrzysz. Studiujesz. Analizujesz i widzisz, że to niemożliwe. W tym momencie wielu rezygnuje. Odrzuca dalszy wysiłek, zapomina o porażce i spokojnie kontynuuje wszystko tak, jak było przedtem. Gdyby wszyscy ludzie byli tacy, to nadal mieszkalibyśmy w jaskiniach – kudłaci zarośnięci i stale głodni, bo nie byłoby mydła, by się umyć, brzytwy by się ogolić i wymyślnej broni, by upolować zwierzynę.

Lecz dla niektórych, ten moment, w którym zadanie wydaje się niemożliwe, opatrzony jest znakiem zapytania. Oni nie rezygnują, myślą dalej. A nawet, jak wydaje się, że nie myślą, to ich umysł nieświadomie rozgryza zadanie. Niektórzy z nas dobrze to znają. Kładłeś się spać bez rozwiązania, a budziłeś się rano mając odpowiedź. – Prześpij się z problemem, a rano będziesz miał odpowiedź – radził mądry ojciec. Lecz nie każdy miał mądrego ojca, albo słuchał go uważnie.

Wytrwałość

Większość porzuca trudne zadania. Odkłada je „na jutro”.  – Maniana – mówią wszyscy hiszpańskojęzyczni ludzie. Po co się martwić dzisiaj, jutro się tym zajmę. A Niemcy w tym temacie nawet sobie zrymowali: – Morgen, Morgen nur nicht heute sagen alle faulen Leute . (Jutro, jutro, byle nie dzisiaj, mówią wszyscy lenie).

Brak wytrwałości, a nawet uporu w działaniu jest cechą powszechną i permanentną. Oczywiście wytrwałość ma sens, gdy ma rozsądne i logiczne uzasadnienie. Wytrwałość wieloletniego gracza w Lotto jest bezsensowna. Za każdym razem liczy na ten sam łut szczęścia i długoletnie granie w żaden sposób nie przybliża go do zwycięstwa. Za każdym razem ma szanse skreślić wygrywającą szóstkę, jak jeden do trzynastu milionów. Takie są nieubłagane prawa matematyki. Ale kto by się nimi przejmował… Lecz gdy jest się przekonanym, że rozwiązanie jest możliwe, gdy ma się jego wizję, to nawet wielokrotne przegrane, liczne momenty zwątpienia nie zatrzymają procesu dochodzenia do celu, jeżeli tylko jest się dostatecznie wytrwałym.

Spokojne czasy

Dawno temu, w historii Chin, był okres czterystu lat, w którym w państwie środka nic się nie wydarzyło. Dosłownie – nic ważnego. Żadnych wojen, przewrotów pałacowych, gwałtownych kataklizmów, epidemii, klęsk głodu, czy innej plagi. Czas jakby się zatrzymał. Trwaj chwilo, bądź wieczna?

Niewątpliwie były to spokojne czasy, tylko czy o to w życiu chodzi? Zapewne właśnie o to chodzi mojemu kotu i psu, bo wtedy są najbardziej szczęśliwe, gdy najedzone mogą się spokojnie wylegiwać, wszyscy są w domu i nic się nie dzieje. Nirwana.

Lecz nawet one podskakują radośnie, machają ogonem, gdy ruszę smycz, co zapowiada coś nowego i niezwykłego – spacer, a tam nowe tropy, zapachy, może inne psy napotkane, jedne przyjazne inne wrogie, a także inne różne zwierzaki, duże i małe, oraz inni ludzie. Tych na rowerach trzeba koniecznie pogonić i oszczekać…

Jest potrzeba zmian. Jak widać, nie tylko w człowieku. Bez stałego dążenia do zmian, w tym przede wszystkim do ulepszania życia nie było by postępu. A bez postępu nadal byśmy gnuśnieli w swoich osadach, bo podróżować na piechotę daleko się nie da, mało co byśmy wiedzieli o dalszych sąsiadach, bo niby jak, tam-tamami? Sygnałami dymnymi? Wiecie ile by trwało przesyłanie jednego sonetu Szekspira?

Zżerało by nas nadal tysiąc chorób, regularnie cierpielibyśmy klęski głodu. Pogoda i natura igrałyby z nami, jak chciały. No to wymyśliliśmy postęp. Jest jeszcze nie całkiem dobrze, ale niewątpliwie o wiele lepiej. Postęp najlepiej przyswajamy, gdy toczy się on swoim powolnym równym rytmem. Nasz umysł wtedy, wszystkie te przyzwyczajenia, stereotypy, nawyki, a nawet automatyzmy, jest w stanie nadążać za światem i nie ma dyskomfortu.

Rewolucja

Rewolucja to zawsze coś gwałtownego. Dobrze, gdy jest ograniczona do krótkiego okresu czasu i do konkretnego obszaru. Lecz jak żyć, gdy jest to rewolucja trwająca już ponad sto lat i obejmująca bez mała cały świat?! Toż to horrendum!

– Tak się nie da – powiedziałby Chińczyk ze wspomnianego okresu czterystuletniego błogostanu.
Czyżby? A my właśnie dzisiaj musimy się z tym mierzyć. Postęp jest rewolucyjny i podejrzewam, większość ludzi z trudem za nim nadąża.

A przekonany jestem, że moje pokolenie, urodzonych po drugiej wojnie, dzisiejszych sześćdziesięciolatków ma najbardziej pod górkę. To my właśnie daliśmy postępowi rewolucyjnego kopa, lecz rezultaty przeszły najśmielsze oczekiwania i wielu z nas nadal nie jest w stanie wszystkiego ogarnąć. Dzieciaki klikają smartfonami, jakby się z tym urodziły i były genetycznie zaprogramowane do tego. Nie mają problemów ze współczesnymi telewizorami. A do tego jeszcze setka gadżetów, których kompletnie nie rozumiemy.

Moja żona, osoba niezwykle kobieca, więc „nietechniczna”, bo to domena mężczyzn, boi się nowego samochodu, bo ten wydaje różne dźwięki i ostrzeżenia, zamiast po prostu jechać, boi się bankomatów, które nagminnie połykają kary kredytowe, co spowodowane jest koniecznością zapamiętania tysiąca kombinacji cyfrowych, różnych tam kodów i pinów, boi się mikrofalówki w której jajka wybuchają, a widelce puszczają iskry.

To ma być nowoczesne życie?! To ma być postęp? A na dodatek jeszcze ten zalew informacji. Jak to wszystko wchłonąć, przetrawić, uporządkować i wyciągnąć właściwe wnioski? A na dodatek połowa tej sieczki z gazet, radia, telewizorów, kina i internetu to manipulacja, propaganda i reklama. Czyste kłamstwa, które mają nas skłonić do jedynie słusznych poglądów, albo zmusić do zakupu kolejnego, bezużytecznego przedmiotu.

A na dodatek, stara pralka, lodówka, czy nawet Mercedes, były tak skonstruowane, by służyć przez całe lata, Może przez całe życie. Już tak nie jest. One teraz są takie, by wytrzymać tylko okres gwarancji. Moja lodówko – zamrażarka, wiodącej, światowej marki, popsuła się dokładnie miesiąc po upływie trzyletniego okresu gwarancji. A tata, pamiętam, miał wieczne pióro marki , które miało wykaligrafowane „Long life guarantee”, co właścicielowi zapewniało praktycznie dożywotnią gwarancję.

Ciężko jest żyć w czasach permanentnej rewolucji. Może młodzi, którzy już w niej się urodzili, mają łatwiej. A na dodatek, nie jest to wyłącznie rewolucja technologiczna, choć to ona ma decydujący wpływ, ale także rewolucja społeczna, a nawet cywilizacyjna. Dosłownie wszystko: kultura, mowa, styl życia, pożywienie, sztuka, ubiór, odpoczynek gwałtownie się zmieniają.

Wyraźnie widać, że wszyscy jesteśmy zagubieni, stale poszukujący usiłujemy się dostosować. Prawie nikomu się to nie udaje. Jedni stoją w miejscu i wszystko mają gdzieś, a inni ubierają spodnie o wąskich nogawkach, z krokiem na poziomie kolan, włosy misternie układają w precyzyjną kitę, mężczyźni zapuszczają brody norweskiego drwala, a obie płcie tatuują całe ciało i kaleczą różnymi metalowymi ozdobami.

Tak… okres permanentnej rewolucji jest ciężki do życia. Ale, jak zawsze, dajemy sobie radę. Sprawdzamy granice swojej elastyczności.

Polska

Może rację miał i jego „wielcy myśliciele” (głownie spece od wizerunku), a za nim także niesławny , , i , którzy zaproponowali ludziom wyhamowanie – „spokój”, „ciepłą wodę w kranie”, w zależności od obszaru piwko lub winko, grilla, kiełbaski i Octoberfest; w telewizji nieustannego Big Brothera, X Factor i Taniec z gwiazdami. Miało być, jak ktoś uknuł nowe słowo, ujutnie (oczywiście wpływ ruskiej propagandy). To była taka właśnie filozofia średniego rozwoju. Spoko, róbta, co chceta, dwudziestoletni Golf dla każdego. Po prostu – da się spokojnie przeżyć.

A tak naprawdę była to hodowla neo–niewolników. Pokornej masy, którą da się zaspokoić duperelami. Kauflandy i Liedle codziennie dostarczą nowe atrakcje za bezczelnie niską cenę. Życie w ciągłej pogoni za promocjami – taki nowy sport. A do tego nowe katedry – aquaparki w każdej gminie, galerie handlowe, multikina i darmowe koncerty na placu zebrań ludowych. Full wypas, jak to młodzi określają.

Żeby tylko nikt nie myślał o obywatelstwie, o swojej roli w państwie. I nie daj Boże o polityce. Od tego są inni, mądrzejsi. A dobiera się ich według specjalnego klucza (zazwyczaj wystarczy, że tatuś i mamusia już tam należą, a jak nie, to trzeba mieć talent by bezczelnie kraść).

Tak oto sobie neoliberałowie, PO i .N, z Tuskiem, Komorowskim i Schetyną, wraz z nadwornym błaznem Petru, starali się zbudować rzeczywistość. Tylko, że nie wszyscy tym się zachwycili i temu przyklasnęli. Została grupa Polaków, którzy postęp i przyszłość widzieli inaczej. Wiodła ich jedna wartość, której ci wymienieni poprzednio kompletnie nie mieli: to uczciwość. Romantycznie sobie przyjęli, że wszyscy Polacy mają być równi, mieć te same prawa i obowiązki, żadnych specjalnych wyjątków dla nikogo i co najważniejsze – Polakom ma być nieustanie, coraz bardziej lepiej.

Gdy spojrzeć wstecz, to takiego dziwactwa nikt nie obiecywał. Czy to Gomułka, czy krwawy Jaruzelski, a potem Bolesław Wałęsa i Donald Tusk mówili – pracujcie ciężko i wydajnie, a przyszłe pokolenia będą miały dobrze. Ta sama fałszywa gadka od 70 lat.

I nagle znaleźli się ludzie, cierpliwie zgrupowani, wstępnie wokół dwójki bliźniaków, a po Tragedii Smoleńskiej, już tylko przy szczęśliwie ocalałym Jarosławie Kaczyńskim, którzy głośno krzyknęli do Polaków – to fałsz i oszustwo! To co oni wam oferują to nędzne ochłapy, podczas gdy oni bogacą się ponad wszelką przyzwoitość. Jesteście okradani i oszukiwani. Tak być nie może!

I stało się. Praktycznie wytrwałość, o której piszę powyżej, niesłychany upór wprost i odporność na kolejne porażki jednego człowieka, dały w końcu zwycięstwo. Wygraliśmy. Po dwudziestu pięciu latach, kiedy jeszcze wówczas z premierem Olszewskim, postawiono zadanie do realizacji, a się nie udało, bo postkomuna była ciągle za silna, a wielu z naszej strony udało się kupić, wreszcie próg społecznego niezadowolenia został przekroczony i cwaniacy i kombinatorzy zostali odsunięci od władzy. Rozpoczęła się polska kontrrewolucja, bo celem jest przywrócenie chrześcijańskich wartości cywilizacji łacińskiej. Znowu ma być uczciwość, sprawiedliwość i porządek. Oraz siła, która z tego wyrasta.

Prawie dwa lata nowej władzy i nowych porządków pokazały, że to właściwa droga. Praktycznie jedyna, która ma nas doprowadzić do celu i obronić przez planowaną dezintegracją. Widzimy to wewnątrz w kraju, lecz co najważniejsze, polski przykład zaczyna znajdować zwolenników coraz szerzej. Śmiem stwierdzić, że właśnie powstaje potężna koalicja przeciwko upadkowi zachodniej cywilizacji. Przeciwko neoliberalizmowi, kryptokomunie i sztandarowej bezbożności. Dość już władzy urzędników – samozwańczych władców cywilizacji bizantyjskiej, dość oszukańczej poprawności politycznej; dość multi–kulti, ludzie z odmiennych cywilizacji nie dają się zhomogenizować; dość cywilizacji śmierci i stawiania na piedestał chorych dewiacji.

Czy , a przy nim nieoczekiwane, potężne wsparcie, i przyjaciele – premier Węgier i piękna prezydent Chorwacji Kolinda Grabar – Kitarowic, jak również, nieoficjalnie jeszcze, inni wspierający światowi przywódcy, zdołają zatrzymać rozpad cywilizacji zachodniej, przeciwstawić się zidiociałym od bogactwa globalistom i przywrócić właściwą kolej rzeczy? Jak to dobitnie powiedział w Warszawie Donald Trump – najpierw każdy człowiek i rodzina, a potem państwo. Władzę, a w szczególności władzę urzędników trzeba zdecydowanie ograniczyć. Takie mają być proporcje i priorytety.

To chlubne zadanie, które wreszcie weszło w fazę realizacji. Lecz, jak napisałem, to kontrrewolucja w nieustannie rewolucyjnym postępie. Czyli jest również przeciwnik. Beneficjenci poprzedniego systemu zębami i pazurami bronią zdobycze, które najczęściej  zagrabili. Walka jest od poziomu najniższego, do samego szczytu władzy. Od gminy, gdzie rządzą patologiczne układy i sitwy, poprzez powiaty, województwa, aż po centrum, włączając w to różne korporacje, zamknięte układy „lepszego sortu” z chowem wsobnym.

Tak samo w Brukseli jest czterdzieści tysięcy urzędników, których nikt nie wybierał, uzurpują sobie prawo do stanowienia o wszystkich aspektach życia, a sobie zagwarantowali astronomiczne dochody, nie płacą żadnych podatków i mają prawo do tysiąca przywilejów.Czy to nie jest patologia?

Czy historycznie patrząc od tzw. transformacji, władza Jaruzelskiego i Kiszczaka nie były patologią? A jawna grabież państwa i narodu dozwolona i przeprowadzona przez Balcerowicza i Lewandowskiego, a dzisiaj przez ich asystenta Petru nie była patologią? A potem – komuchy u władzy z nadużywającym alkoholu Kwaśniewskim i agentem Bolkiem nie były? A dziwni związkowcy Krzaklewski i Buzek, niewydolny umysłowo, lecz wspierany przez służby Komorowski, prowadzony na sznurku z Berlina Donald Tusk i jego wesoła ferajna, to nawet nie patologia, tylko najczarniejszy rak, jakaś sarkoma, czy guz mózgu.

Zmiany idą powoli. Lecz się zmienia. I pewnie wkrótce przyspieszy. Tak przewiduję.Zagrożenia również ciągle są. Oprócz wspomnianych wrogów, do władzy przyklejają się karierowicze i kombinatorzy. Ich trzeba szybko eliminować. Lepiej żeby pani Basia w sekretariacie na Nowogrodzkiej częściej słuchała i łączyła z prezesem, jeżeli władza nie ma się ponownie zdegenerować.

Tego już nie da się zatrzymać. Chyba, że zaczną strzelać, jak w Dallas, Sarajewie, czy nawet w Łodzi.
Koło historii nabiera właśnie rozpędu. Zobaczymy, jak daleko się potoczy tm razem.

VN:F [1.9.22_1171]
OCEŃ ARTYKUŁ
Wynik: 7.9/10 (wszystkich: 8)
"Ciepła woda w kranie", czyli jak hodowano neo–niewolników, 7.9 out of 10 based on 8 ratings

Polub Gazetę Bałtycką na Facebooku:

Autor

Janusz Kamiński

- publicysta. Z zawodu inżynier elektronik pracujący od 30 lat za granicą na morzu. Konserwatysta.

Dodaj komentarz

XHTML: Można użyć znaczników html: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>



Moto Replika