Opublikowano: 25.08.2016

Iwiński: „Równowaga strachu” powstrzymuje rozpętanie III wojny światowej

„Ostatnio rząd PiS de facto zablokował funkcjonujący od 2012 r. między Obwodem Kaliningradzkim a 11 powiatami województwa warmińsko-mazurskiego i 8-pomorskiego. To uderza w interesy zwykłych mieszkańców, szczególnie tego pierwszego regionu, w którym wciąż utrzymuje się najwyższe w skali kraju (ok. 15%) bezrobocie, zwłaszcza w środowiskach popegeerowskich. Przeciwko tej nieprzemyślanej i szkodliwej decyzji słusznie protestują zwykli obywatele i samorządowcy”. Z prof. Tadeuszem Iwińskim – politykiem, nauczycielem akademickim i wieloletnim posłem na Sejm rozmawiam Piotr Sobolewski.

Piotr Sobolewski: Po wielu latach spokoju i względnego dobrobytu nad Europę nadciągnęły czarne chmury. Zaczęło się od wydarzeń na Ukrainie, gdzie inspirowany przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników zamach stanu zakończył się wojną domową i oderwaniem Krymu. Zachód obłożył za to Rosję sankcjami, co wywołało rosyjskie retorsje. Czy jednak – tak naprawdę – Prezydentowi Putinowi pozostawiono jakikolwiek wybór?

Tadeusz Iwiński: Amerykańska inspiracja wydarzeń na Ukrainie jest jedną z hipotez, jednoznacznie preferowaną przez Kreml. Niewątpliwie Rosja złamała prawo międzynarodowe anektując w marcu 2014 r. Krym, a następnie wspierając ruchy separatystyczne w Donbasie, w obwodach Ługańskim i Donieckim. Inna sprawa, że prawo międzynarodowe zawiera pewne sprzeczności, bo jak np. pogodzić „nienaruszalność granic” z „prawem narodów do samostanowienia”? Rosja w uzasadnieniu swych działań przywoływała m.in. Ugodę Perejesławską z 1654 r., ale to raczej curiosum niż poważny argument. Prawie każde państwo może przecież wskazać na jakieś ziemie, które kiedyś tam do niego należały. Poważny jest natomiast casus Kosowa, który od szeregu lat Rosjanie umiejętnie wykorzystują. Zresztą 5 państw Unii Europejskiej, w tym Hiszpania i Rumunia, wciąż nie uznają jego niepodległości! No bo jeżeli dzisiaj Kosowo to jutro może być Katalonia, Kraj Basków itd.

Rozpad Jugosławii – kraju o powierzchni 2/3 terytorium Polski, zaowocował powstaniem aż siedmiu nowych państw. Mam nadzieję, że nie powstanie ósme, np. na terenie Wojwodiny. Ścierały się tam w latach 90. trzy silne nacjonalizmy: serbski, chorwacki i muzułmański (ten ostatni w Bośni-Hercegowinie i Kosowie). Wiele razy bywałem tam wtedy w ramach misji Rady Europy, próbowaliśmy negocjować, pomóc rozwiązać problemy humanitarne, w tym uchodźców. Pamiętam naszą wizytę u prezydenta Bośni i Hercegowiny w oblężonym Sarajewie w końcu 1992r. Kiedy „aleją snajperów” do niego dotarliśmy Alija Izetbegovic zadał tylko jedno pytanie: „Czy możecie mi zapewnić broń?” Oczywiście dalsze rozmowy były już bez większego sensu.

Nie ma oczywiście prostych analogii. Teraz na Ukrainie ścierają się dwa potężne nacjonalizmy, rosyjski i ukraiński. Tego konfliktu – jak zresztą i większości innych – nie da się rozstrzygnąć zbrojnie, a jedynie przy stole negocjacyjnym. Dlatego 13-punktowe porozumienie z Mińska, wciąż w pełni niezrealizowane, stwarza pewną szansę i szkoda byłoby, gdyby nie doszło do kolejnego spotkania w formacie normandzkim, z okazji szczytu w Chinach na początku września. Czy miał wybór? Zawsze on istnieje, ale by zrozumieć sposób myślenia władz w Moskwie posłużę się relacją z rozmowy jednego ze znanych polityków z prezydentem Rosji. Zapytał on Putina: „czy macie coś przeciwko wstąpieniu do NATO Czarnogóry? Czarnogóra, 600 tysięcy mieszkańców… Nie, skądże. A zgodzicie się na Chorwację? Proszę bardzo. A na Ukrainę? NIGDY!”. Otóż opuszczenie Krymu i Sewastopola przez rosyjską Flotę Czarnomorską, a w konsekwencji – zdaniem Kremla – pojawienie się tam floty amerykańskiej, byłoby przekroczeniem „nieprzekraczalnej czerwonej linii” na które się one nigdy nie mogą zgodzić. Dlatego, choć chciałbym się mylić, nie wydaje się, aby Rosja w dającej się przewidzieć przyszłości wyrzekła się Krymu. Tę sprawę traktuje jako symboliczną, a zatem definitywnie przesądzoną, by użyć języka dyplomatycznego – fait accompli.

A co do sankcji, to są one obustronne, choć szkodzą głównie gospodarce rosyjskiej – mimo próby ich złagodzenia przez intensyfikację współpracy z Chinami. Nader rzadko w historii sankcje bywały wszak politycznie skuteczne i niewiele wskazuje na to, aby tym razem było inaczej. Coraz więcej słychać przy tym głosów domagających się ich zniesienia, nie tylko w Niemczech czy we Włoszech. Także o tym trzeba rozmawiać i warto znaleźć jakiś minimalny kompromis.

Wspomniane wydarzenia dały asumpt do twierdzeń, że oto odradza się „” zagrażający wszystkim naokoło a najbardziej naturalnie naszej Ojczyźnie. Równocześnie ogłoszono – i nieomal zaprzysiężono – dozgonną miłość Ukrainie. Zapytam przewrotnie: czy i ewentualnie co nam bardziej zagraża: czy ukraiński neobanderowski nacjonalizm?

Pamiętam jak w jesienią 1991 r. debatowaliśmy na pierwszym posiedzeniu pierwszego demokratycznie wybranego Sejmu nad uznaniem niepodległości Ukrainy. Występowałem wtedy w imieniu Klubu SLD. Była co do tego jednomyślność i Polska stała się pierwszym państwem świata, które to uczyniło. Nota bene na kilka godzin przed Kanadą, gdzie żyje największa po Rosji społeczność pochodzenia ukraińskiego. Powszechnie aprobowaliśmy swoistą doktrynę Giedroycia–Mieroszewskiego, zgodnie z którą w naszym interesie leży, aby pomiędzy nami a Rosją znajdowały się inne niepodległe państwa. Z trzech historycznych, potrzebnych Polsce pojednań – z Niemcami, Rosją i Ukrainą, dwa ostatnie są dalekie od finalizacji, a to z Ukrainą jest być może najtrudniejsze.

A propos – Ukraińcy swoiście „pomogli” Bronisławowi Komorowskiemu przegrać wybory, kiedy bezpośrednio po jego pojednawczym wystąpieniu 9 kwietnia ubiegłego roku w Radzie Najwyższej w Kijowie, przegłosowano ustawę o uznaniu członków formacji OUN-UPA za „bojowników o wolność” i przyznaniu im praw kombatanckich. A prezydent na to nie zareagował otwarcie. Szef tamtejszego IPN-u otwarcie głosi tezę o „symetrycznych” zbrodniach Polaków i Ukraińców na Wołyniu. Na Ukrainie trwa teraz proces dekomunizacji wzorowanej trochę na polskich działaniach. Np. dwie centralne ulice w stolicy dostały za patronów Stepana Banderę i Romana Szuchewycza, odpowiedzialnych za ludobójstwo na Wołyniu. Dobrze przynajmniej, że Kreszczatik zostawiono w spokoju.

Dlaczego tak się dzieje? Oczywiście trudno to akceptować, ale można próbować zrozumieć. Ten kraj miał w swojej historii tylko dwa krótkie epizody niepodległego bytu, stąd kurczowe trzymanie się banderowskich tradycji w poszukiwaniu własnej tożsamości. Po prostu nie mają innych.

Co do zagrożenia ze strony Rosji. Niczego nie można lekceważyć, ale chcę zdecydowanie nie zgodzić się z ministrem Waszczykowskim, który określił Rosję jako zagrożenie większe niż tzw. Państwo Islamskie, czy w ogóle płynące ze strony terroryzmu i innych tego typu „plag egipskich”. Co ciekawe, swoją opinię wygłosił on bezpośrednio po wystąpieniu Sekretarza Generalnego NATO – Jensa Stoltenberga, który jasno stwierdził, że Rosja NIE STANOWI zagrożenia dla Sojuszu Północnoatlantyckiego. Przecież „będąc trzeźwym jak sędzia”, aby przywołać angielskie przysłowie, wiadomo, iż ani Rosja nie zaatakuje NATO ani Sojusz nie napadnie na Rosję! Dlaczego? Oba główne mocarstwa nuklearne – Stany Zjednoczone i Rosja – 24 godziny na dobę utrzymują w pełnej gotowości samoloty i okręty podwodne z bronią jądrową na pokładzie aby w razie ataku przeciwnika natychmiast móc odpowiedzieć. Obie strony zdają sobie sprawę, że w takim starciu nie byłoby zwycięzców tylko wzajemne unicestwienie. I właśnie głównie owa „równowaga strachu” pozwala powstrzymywać zakusy rozpętania III wojny światowej. Jak dotąd skutecznie. Jeżeli ktoś zdecydowałby się ową równowagę naruszyć, to ciąg dalszy mógłby być jak w okrutnym dowcipie. Po III wojnie rozmawiają ze sobą dwa szympansy. Jeden do drugiego mówi: „wygląda na to, że znowu będziemy musieli wszystko zaczynać od początku”…

Szczyt NATO w Warszawie uchwalił „wzmocnienie wschodniej flanki Sojuszu”. Przeznaczone na to siły są co prawda dość symboliczne, ale już towarzyszącą ich rozmieszczeniu rozbudowę infrastruktury trudno takową nazwać. Czy zatem podobną formę „dialogu” z Rosją można uznać za właściwą, czy też lepiej – jak deklarował na szczycie prezydent Francji – traktować Rosjan jak partnerów, a nie zagrożenie?

Szczyt NATO był wydarzeniem historycznym dla Polski, gdyż po raz pierwszy odbywał się w naszym kraju. W szerszym natomiast ujęciu jego znaczenie polegało na tym, iż miał miejsce w niezwykle trudnej, pełnej napięć sytuacji międzynarodowej. Podjęte – a przygotowane wcześniej – decyzje o rozmieszczeniu w nieodległej przyszłości w państwach bałtyckich i nad Wisłą ograniczonych kontyngentów wojsk Sojuszu, w połączeniu z odbytym wkrótce potem posiedzeniem Rady NATO-Rosja, zmniejszają ryzyko nieprzewidywalności przyszłych wydarzeń, a zarazem tworzą rodzaj swoistej polisy ubezpieczeniowej. Próbuje się więc „myć i ręce i nogi”. Moskwa, której wyraźnie zwiększona aktywność nie tylko w Syrii, lecz na całym Bliskim Wschodzie, może wpłynąć na istotne korekty architektury globalnej, prowadzi przy tym aktywny dialog z Waszyngtonem, zwłaszcza na płaszczyźnie wojskowej.

Pozostańmy jeszcze przez chwilę przy naszej polityce wschodniej. Za stan stosunków dwustronnych z Rosją trudno w zasadzie winić aktualną ekipę, gdyż niejako dostała go w spadku po poprzednikach – gwoli sprawiedliwości trzeba zaznaczyć, że pieczołowicie ten stan kultywuje a nawet twórczo rozwija. Oczywiście naszej – podniesionej do rangi doktryny państwowej, rusofobii – nie podziela ogromna większość naszych europejskich partnerów, co de facto izoluje nasz kraj. Ku czemu to wszystko ma zmierzać ?

Po transformacji ustrojowej „straciliśmy” wszystkich sąsiadów. Zamiast ZSRR, Czechosłowacji i NRD pojawiły się: Federacja Rosyjska, Litwa, Białoruś, Ukraina, Słowacja, Czechy i zjednoczone Niemcy. Ze wszystkimi przyszło nam układać sobie stosunki w jakimś sensie od nowa. Litwa pomimo 500 lat wspólnej historii – eufemistycznie rzecz określając – buduje swą tożsamość w pewnej opozycji do Rosji i Polski. Ze Słowakami kiedyś spieraliśmy się tylko o Janosika; dziś oni i Czesi niekiedy dystansują się od nas, np. w polityce wobec Rosji. Z Niemcami mamy – a raczej mieliśmy – najlepsze stosunki w historii, z Białorusią ostatnio jakby się poprawiło, ale to chyba jedyny pozytywny akcent. Były prezydent Finlandii mawiał, że przyjaciół należy szukać blisko a wrogów daleko… Mam pewne wątpliwości, czy wrogów w ogóle należy szukać – chyba lepiej ich po prostu nie mieć. Tymczasem nasza polityka zagraniczna doprowadziła do tego, że z większością sąsiadów (co widać szczególnie od ostatnich wyborów w Polsce w relacjach z Niemcami, naszym głównym partnerem gospodarczym) mamy stosunki – nazwijmy to tak – chłodnawe. Poza Rosją – te są zimne, a momentami lodowate.

Trudno pojąć czemu ma służyć spór, a momentami swoista wojna z pomnikami żołnierzy Armii Czerwonej, których około 600 tysięcy poległo wyzwalając nasz kraj spod niemieckiej okupacji. W krajach cywilizowanych takie działania są nie do pomyślenia. W Austrii gdzie Armia Radziecka stacjonowała do 1955 r. nikomu do głowy nie przyjdzie aby dewastować ich pomniki czy cmentarze wojenne. W Niemczech podobnie. My jesteśmy na poziomie Ukrainy, gdzie robi się ostatnio to samo. Oczywiście mamy z Rosją wspólną, trudną historię. Z naszej strony to m.in. pamięć o Katyniu, zaborach, z ich – o dwuletnim „pobycie” Polaków na Kremlu w latach 1610-1612, czy sprawie jeńców w wojnie 1920 r. Za rządów lewicy utworzono szereg instytucji dialogu, np. wspólną polsko – rosyjską komisję ds. trudnych, rozwijała się współpraca kulturalna i naukowa. Niestety niewiele z tego zostało. Co więcej – ostatnio rząd PiS de facto zablokował funkcjonujący od 2012 r. Mały Ruch Graniczny między Obwodem Kaliningradzkim a 11 powiatami województwa warmińsko-mazurskiego i 8-pomorskiego. To uderza w interesy zwykłych mieszkańców, szczególnie tego pierwszego regionu, w którym wciąż utrzymuje się najwyższe w skali kraju (ok. 15%) bezrobocie, zwłaszcza w środowiskach popegeerowskich. Przeciwko tej nieprzemyślanej i szkodliwej decyzji słusznie protestują zwykli obywatele i samorządowcy. Argumenty kierownictwa MSWiA (głównie ministrów Błaszczaka i Zielińskiego, nie słynących ze znajomości zagadnień międzynarodowych, choć ten ostatni urodził się w Szwajcarii, ale pod Suwałkami) dotyczące sfery bezpieczeństwa nie przystają do rzeczywistości. To klasyczna sytuacja typu „odmrożę sobie uszy na złość Mamie”. Chcę wierzyć, także jako długoletni poseł z Warmii i Mazur, iż obecny gabinet pójdzie jednak po rozum do głowy i przywróci status quo ante.

Przypomina mi się seria anegdot o Radiu Erewań – jeszcze z okresu Polski Ludowej, w których zawsze słuchacz zadawał nietypowe pytania i otrzymywał jeszcze dziwniejsze odpowiedzi. W jednej z nich sformułowano filozoficzne pytanie: jak wyjść z sytuacji bez wyjścia” (po rosyjsku to ładna gra słów – „Kak vyjti iż biezvychodnovo położenia”? A na to Radio: ”Drogi słuchaczu – przepraszamy, ale nie zajmujemy się tematyką polską”. Należy mieć nadzieję, że kwestia stosunków polsko-rosyjskich nie należy do tego typu sytuacji. Warto wreszcie pamiętać, iż historii zmienić nie możemy, a jedynie spierać o jej interpretację i generalnie – patrzeć w przyszłość.

Wiele niedawno było słychać o tlącym się od prawie ćwierć wieku konflikcie w Górnym Karabachu; doszło do starć zbrojnych, choć na niewielką skalę. Kto „pali w tym piecu” i czy nie grozi nam eskalacja przemocy w tym regionie ze wszystkimi tego skutkami?

Konflikt w Górskim Karabachu jest istotnie „zamrożony” od 1994 r., kiedy to udało się zakończyć trwającą tam wojnę, a jej rezultatem były m.in. setki tysięcy uchodźców. Stronami konfliktu są 3-milionowa Armenia (podtrzymywana mocno przez silną diasporę), która okupuje to terytorium, i 9- milionowy Azerbejdżan. W nim są z kolei wyraźne wpływy tureckie; np. w Baku rzucają się w oczy napisy: „jeden naród – dwa państwa”. Armenię wspiera zaś tradycyjnie Rosja, utrzymująca także poprawne stosunki z Azerbejdżanem, sprzedając przy tym broń obu stronom konfliktu. Moskwa raczej nie jest zainteresowana eskalacją tego konfliktu – wystarczająco wiele problemów sprawiają jej radykalni islamiści w Dagestanie,Czeczenii i innych regionach północnego Kaukazu. Ostatnio zresztą islamscy fanatycy pojawili się w spokojnym dotychczas Kazachstanie, mającym z Rosją liczącą aż prawie 7 tys. km granicę. Jasne jest, że ten 17- milionowy kraj, aż 9-krotnie większy od Polski, nie ma żadnej możliwości jej kontrolowania, więc te problemy mogą stać się także problemami jego wielkiego sąsiada. Rozwiązaniem konfliktu wokół Górskiego Karabachu od lat bez sukcesów zajmuje się tzw. Grupa Mińska. Zarówno dla Armenii jak i dla Azerbejdżanu nowa wojna byłaby katastrofą tyle, że „zamrożone” konflikty kiedyś się zwykle „odmrażają…”.

Syryjski konflikt daleki jest od zakończenia co-w połączeniu ze złożoną sytuacją w Afryce Płn.- wprost przekłada się na kryzys migracyjny,mogący zakończyć projekt Wspólnej Europy. Kto zaopatruje i logistycznie zabezpiecza fanatyków z Państwa Islamskiego nie pozwalając na zakończenie tej gehenny?

Bardzo wiele błędów popełnił na Bliskim Wschodzie Zachód, zwłaszcza Amerykanie. Nie wspominając już o inwazji na Irak, to z ich inspiracji obalono świecki reżim Kaddafiego. Ten z pewnością nie był demokratą, ale trzymał „za twarz” islamistów zapewniając w Libii i wokół niej porządek. Miał dobre kontakty z Sarkozym i Berlusconim. Kiedy „w imię demokracji” pozbyto się go, trzykrotnie większą od Francji Libię ogarnęła wojna domowa, trwająca tam w sporym stopniu do dziś. W kraju powstało kilka ośrodków władzy, zakwitł przemyt ludzi do Europy na ogromną skalę. Bardzo mocno usadowiła się tam zarówno jak i bojówki „Państwa Islamskiego”, choć po niedawnych porażkach w rejonie Syrty ich pozycje znacząco osłabły.

Podobnie, ale w dużo bardziej skomplikowany sposób, ze względu na znacznie większą liczbę aktywnych aktorów politycznych, rzeczy mają się w Syrii, gdzie od ponad pięciu lat trwa krwawa wojna domową. Ok. 17-milionowe niegdyś państwo (które znam nieźle z autopsji, w tym Aleppo, gdzie zmarł gen. Bem – przekształcone obecnie w swoisty Stalingrad), z nieźle wykształconym społeczeństwem, zostało niemal doszczętnie zniszczone. Zginęło prawdopodobnie pół miliona ludzi, a liczbę uchodźców oraz tzw. wewnętrznych przesiedleńców (IDP’s) szacuje się na 5—8 mln. W tej wojnie fronty się przeplatają i linie walki nie są niezmienne. Władzę w kraju nominalnie sprawuje (z wykształcenia lekarz-okulista), kolejny z klanu Asadów, autokrata opierający się na alawitach – największej (ok. 11% całej populacji) mniejszości religijnej w szyickiej w większości Syrii. Wiadomo, że na Bliskim Wschodzie kwestie religijne mają ogromne znaczenie; trwa tam np. odwieczny konflikt pomiędzy sunnitami reprezentowanymi m.in. przez Arabię Saudyjską i państwa arabskie Zatoki Perskiej oraz szyitami,na czele z Iranem.

Ale podziały są oczywiście wielopiętrowe. Spory o demokrację czy nawet na tle religijnym są niekiedy jedynie tylko przykrywką dla realizacji interesów strategicznych i gospodarczych. Asad naraził się Zachodowi m.in., gdy odmówił zgody na przeprowadzenie rurociągu z Kataru do tureckich portów. Syria, która podobnie jak Libia była państwem świeckim, walczy o przetrwanie z wewnętrzną opozycją i z fanatykami z „Państwa Islamskiego”, wspieranymi po cichu przez kraje Zatoki Perskiej oraz (choć obecnie w mniejszej skali) przez Turcję.USA udzielają pomocy tzw. umiarkowanej opozycji (również kurdyjskiej), choć niekiedy trudno ją odróżnić od całej gamy ugrupowań paraterrorystycznych, czy wprost terrorystycznych. Konflikt od dawna niezwykle się umiędzynarodowił, a ten proces wciąż się nasila.

Syrię najsilniej obok Iranu wspiera Rosja, która ma tu swe jedyne dwie bazy wojskowe w basenie Morza Śródziemnego ( k/ Latakii – lotniczą i Tartusu morską. Ponadto Moskwa, pomna swoich doświadczeń, woli zwalczać islamskich radykałów daleko od własnych granic. A propos- trzeba było dopiero zamachów z 11 września 2001 r., aby Amerykanie i Zachód zrozumieli, że Rosja w Czeczenii naprawdę walczy z terroryzmem, a nie zwalcza ruch narodowowyzwoleńczy. Ponadto-ujmę to wprost, z całego ruchu tzw. Arabskiej Wiosny, mającej założenia demokratyzujące, ale dla jej oponentów będącej nawet mutacją „kolorowych rewolucji”,obronną ręką (udane procesy reform) wyszły tylko Jordania,Maroko i częściowo Tunezja. W kilku państwach regionu do głosu doszli (czasem przejściowo, jak np. w Egipcie) islamiści, co z pewnością nie było intencją jego autorów. Wreszcie w najbardziej konserwatywnych monarchiach (np. w wahabickiej Arabii Saudyjskiej, gdzie nadal kobiety nie mogą prowadzić samochodów) zabrakło znaczących zmian Szczerze mówiąc, nie widzę możliwości szybkiego zakończenia wojny domowej w Syrii w drodze sukcesu negocjacji pokojowych w Wiedniu. Zbyt wiele tam sprzecznych interesów zbyt wielu możnych tego świata.

Kilka tygodni po „zamachu stanu” w Turcji nie ma raczej wątpliwości, że jego beneficjentem (a może nawet inspiratorem?) jest prezydent . Wielka fala aresztowań, które objęły kilkadziesiąt tysięcy osób w armii, na wyższych uczelniach, w wymiarze sprawiedliwości i aparacie urzędniczym, nie pozostawia złudzeń co do intencji autorów tych działań. Dodajmy do tego ogłoszenie stanu wyjątkowego, zawieszenie przestrzegania przez Turcję Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i dopominanie się przywrócenia kary śmierci. Co w tej sytuacji powinny uczynić USA i UE – udawać, że „deszcz pada” i kontynuować współpracę z tureckim satrapą, czy też zawiesić wszelkie rozmowy i ograniczyć kontakty z władzami w Ankarze?

To temat na odrębną dyskusję. Choć byłem wielokrotnie w różnych częściach kraju nad Bosforem i znam osobiście czołowe postacie tureckiego życia politycznego, zresztą bardzo wielobarwnego, także zostałem zaskoczony tymi wydarzeniami. Kulisy puczu (w cudzysłowie lub bez) z 15 lipca br. nie są do dziś jasne. Co do konsekwencji międzynarodowych tego wydarzenia wydaje się, że USA nie wydadzą Turcji oskarżanego o inspirację Fetullaha Gulena. Nastąpiło wyraźne zbliżenie Moskwy i Ankary, choć tezy o ukształtowaniu się osi rosyjsko-szyicko-osmańskiej są przedwczesne. Przywrócenie kary śmierci w Turcji musiałoby skutkować zawieszeniem członkostwa tego kraju w Radzie Europy oraz zahamowaniem toczonych od wielu lat negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską (dotąd otwarto tylko 15 z 35 rozdziałów).
Bodaj najważniejsza jest obecnie przyszłość porozumienia władz w Ankarze z Brukselą z 18 marca 2016 r. ws. zatrzymywania migrantów zmierzających do Unii i przyjmowania tych, którzy nie spełniają kryteriów uzyskiwania statusu uchodźców. Warunkiem miałoby być zniesienie do października br. wiz dla obywateli tureckich. Ponieważ jest to w aktualnej sytuacji mało realne rysuje się groźba powstania nowej, potężnej fali migracji z Syrii i całego Bliskiego Wschodu.

Kluczowym wydarzeniem, które może bardzo zmienić światową politykę będą zapewne wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Tym razem główni kandydacie prezentują w obszarze polityki zagranicznej diametralnie różne rozwiązania. Czy istotnie może czekać nas rewolucja, czy też okaże się, że ktokolwiek zasiądzie w Gabinecie Owalnym nie wpłynie to w istotny sposób na amerykańskie widzenie świata?

Cóż, niewątpliwie bardzo groźny dla świata byłby wybór Donalda Trumpa, który kompletnie nie jest przygotowany do rządzenia głównym światowym mocarstwem. Hillary Clinton ma pod tym względem o niebo większe doświadczenie, m.in. jako była senator i sekretarz stanu. Wprawdzie według najnowszych danych nadal 59% Amerykanów nie ma do niej zaufania, ale do Donalda Trumpa jeszcze więcej-62%. Popełnił on serię kardynalnych błędów w kampanii wyborczej. Dlatego też oraz uwzględniając stanowisko społeczności latynoamerykańskiej i afroamerykańskiej byłbym skłonny postawić dolary przeciwko orzechom, iż 8 listopada prezydentem USA zostanie po raz pierwszy kobieta.

Istotny jest też rozkład sił w poszczególnych stanach. Aby zostać wybranym trzeba zdobyć głosy co najmniej 270 spośród 538 elektorów, przy czym zwycięzca w danym stanie (plus w Dystrykcie Kolumbia) bierze całą pulę. Tylko w pięciu stanach liczba elektorów przekracza 20- w Kalifornii(55), Nowym Jorku (31), Teksasie (34), na Florydzie (27) i w Illinois (21). W dwóch pierwszych tradycyjnie wygrywają kandydaci Demokratów, w dwóch następnych – raczej Republikanów. W sumie układ preferencji rysuje się korzystnie dla Clinton, szczególnie jeśli chodzi o tzw. swing states (np. Michigan i Ohio), gdzie na ogół występowała pod tym względem równowaga.

Żyjemy w czasach niespodzianek – vide np. wynik referendum ws. Brexitu. Mało prawdopodobny sukces Trumpa oznaczałby potwierdzenie mojej ulubionej tezy ukutej przez, zmarłego w marcu ub.r., wybitnego pisarza gatunku fantasty i science fiction Terry Pratchetta, który na pytanie „dlaczego chaos wygrywa z porządkiem?” odpowiadał: „bo jest lepiej zorganizowany”.

Rozmawiał: Piotr Sobolewski

VN:F [1.9.22_1171]
OCEŃ ARTYKUŁ
Wynik: 9.5/10 (wszystkich: 13)
Iwiński: "Równowaga strachu” powstrzymuje rozpętanie III wojny światowej, 9.5 out of 10 based on 13 ratings
Polub Gazetę Bałtycką na Facebooku:

Autor

Piotr Sobolewski

- dziennikarz. Od 1976 roku jego publikacje ukazywały w Dzienniku Bałtyckim, Głosie Wybrzeża, Kurierze Gdyńskim, Gazecie Gdyńskiej. Ostatnio publikował w Dzienniku Trybuna oraz na portalu Głos Gdyni. Jest autorem przeszło pięćdziesięciu autorskich programów telewizyjnych "Weekendowy magazyn szachowy " zrealizowanych w TV Szelsat w latach 1999 - 2000 oraz programów publicystycznych "Krótko i na temat" w TV Gdynia w 2001 roku.

Wyświetlono 2 komentarze
Napisano
  1. Paweł napisał(a):

    Prof. Iwiński twierdzi ,bez podania źródła że w Syrii zginęło prawdopodobnie pół miliona ludzi, a liczbę uchodźców oraz tzw. wewnętrznych przesiedleńców (IDP’s) szacuje się na 5—8 mln. Tymczasem Agendy ONZ i innych międzynarodowych organizacji szacują, że w okresie ostatnich ciągu pięciu lat od rozpoczęcia konfliktu w Syrii, do opuszczenia swojego miejsca zamieszkania zmuszonych zostało 13,3 mln z przedwojennej populacji Syrii, liczącej ok. 23 miliony mieszkańców. Według danych organizacji OXFAM International tylko w państwach sąsiadujących z Syrią przebywać ma obecnie 4,8 mln uchodźców z tego kraju, 6,6 mln osób zostało wewnętrznie przesiedlonych ze swoich domów, a ok. 3 mln. wyemigrowało do Europy.Zob.https://www.oxfam.org/en/emergencies/crisis-syria(2016-05-07)

    VA:F [1.9.22_1171]
     Wynik: +2 (oddano 2 głosów)
  2. Starsza napisał(a):

    Problemem jest fakt że za 20 lat zabraknie nam wszystkim w Europie południowej wody do picia i problem ten jest przyczyną migracji ludzi z Afryki, Syrii i innych ciepłych krajów. A największy brak wody jest w USA i jest wojna o zasoby między KAnadą i St.Zjedn. Ciekawa jestem czy nasi politycy ten problem znają?

    VA:F [1.9.22_1171]
     Wynik: 0 (oddano 0 głosów)

Dodaj komentarz

XHTML: Można użyć znaczników html: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>