Koniec z leczeniem. Teraz już tylko "zapobieganie" | Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 4.05.2020

Koniec z leczeniem. Teraz już tylko „zapobieganie”

ogłosiła pandemię. Straszny wirus (, którego nazwy nawet nie jestem w stanie sobie przypomnieć) sieje spustoszenie na całym świecie. W związku z „zagrożeniem epidemicznym” cały świat wstrzymał oddech. Zamrożona została praktycznie cała światowa (no, z nielicznymi, ale jednak wyjątkami) gospodarka.

Gdy opadnie bitewny kurz (po wojnie z koronawirusem, a może wywoływanej przezeń chorobie o malowniczej nazwie ), zapewne ulegnie znaczącej zmianie cały dotychczasowy model gospodarki światowej. Kto na tych nowych rozwiązaniach zyska, kto straci?

Jak tego się dowiemy, to być może będziemy mogli zacząć rozważać, kto to wszystko przygotował, rozpoczął i skutecznie zrealizował. W końcu niektórzy jeszcze pamiętają starą łacińską sentencję: „is fecit, cui prodest”.

Ale nie o sprawcach zamierzam dziś pisać. Ani nawet o tych, którzy korzystając z okazji, robią całkiem niezłe interesy (na przykład na maseczkach po 10 zł i więcej). Oni zostaną z własnym sumieniem, jeśli je oczywiście mają. Lub przylgnie do nich opinia, że są „bez sumienia”. Tak czy tak – to ich problem.

Dziś chciałbym wrócić na chwilę do słów wielce szanownego Ministra Zdrowia, pana Łukasza Szumowskiego. Człowieka niewątpliwie dobrze wykształconego, wielkich zasług, zapewne i wielkiej wiary. W swoim czasie był on uprzejmy stwierdzić ni mniej, ni więcej, tylko: koronawirusa potrwa nawet dłużej niż półtora roku. Będziemy z nią żyć tak długo, aż nie zostaną zaszczepieni wszyscy Polacy”.

To raczej złowieszcze słowa. Dlaczego? Bo przez ostatnich trzydzieści, może czterdzieści lat Polacy utracili zaufanie do lekarzy. Ci, którzy kiedyś nas leczyli, dziś mają obowiązek „realizować procedury”. I, niestety, w znakomitej większości tak określonemu obowiązkowi podporządkowują się. (Czemu trudno się dziwić. W końcu bezrobotny lekarz będzie tak samo cienko prządł jak np. bezrobotna krawcowa czy fryzjerka).

Przypominam sobie z lat młodości, że wizyta u lekarza rozpoczynała się od poważnej rozmowy. Nazywała się ona wywiadem. Na jego podstawie lekarz kierował na odpowiednie, jego zdaniem, badania (lub, gdy sprawa była oczywista, ordynował lekarstwa). Wyniki przeprowadzonych badań pomagały lekarzowi stawiać diagnozę (czasem trafną, czasem mniej, w zależności od klasy lekarza), przepisywać stosowne leki (gdy były konieczne), wskazać zalecane zachowania, ewentualnie –  kierować na szpitalne.

Dziś lekarz najczęściej nie ma czasu na przeprowadzenie wywiadu. Kieruje na badania. Gdy otrzyma wydruk z komputera, stawia diagnozę. Pan ma za wysoki cholesterolu. Niech pan bierze … tu pada nazwa najczęściej ogólnodostępnego środka. Ewentualne pytania o sposób postępowania, zmianę diety czy temu podobne, kwitowane są: tu pan ma ulotkę, tam jest wszystko napisane. O tym, czy zalecone środki mogą wywołać skutki uboczne, czy nie jestem na nie uczulony, nie ma czasu porozmawiać. Maszyna zastąpiła lekarza, u którego na biurku zobaczyłem kalendarz z logo znanej firmy farmaceutycznej, tej samej firmy długopis i notatnik. Zupełnym przypadkiem było, że akurat tej firmy „lek” został mi zalecony.

W całym opisie tej dawnej wizyty u lekarza zwracam uwagę na stwierdzenie: „przepisywał stosowne leki”. Jakiś czas  temu ktoś „mądrzejszy (inaczej?)” zauważył, że „lepiej zapobiegać niż leczyć”. Dopowiadam: tak, w przypadku próchnicy zębów. Ale już „zapobiegawcze” podawanie antybiotyków (a z taką propozycją w stosunku do mojego dziecka spotkałem się w swoim czasie) jest skandalem. Tak, jak skandalem jest namawianie do szczepienia przeciwko grypie. Wszak przeciwko tej chorobie, przynajmniej jak dotąd, nie wynaleziono skutecznej szczepionki.

I tu następna uwaga, właściwie najważniejsza w tym tekście. Pan Minister Zdrowia powiedział o szczepionce. A może spróbujmy skierować wysiłki opanowanej pandemią ludzkości nie na poszukiwanie szczepionek, a raczej na znalezienie leku. Skutecznie wspomagającego organizm w zwalczaniu czegoś, co zapewne i tak jest nieuniknione. No tak, ale leki podaje się osobom chorym. A tych jest dwa, pięć, dziesięć procent populacji. A szczepionkę, „profilaktycznie”, można podać wszystkim. Niezależnie od skutków, jakie ona wywoła.

Gospodarcze skutki obecnej pandemii będą usprawiedliwiały każde, nawet najbardziej idiotyczne działanie władz. A zapewne będą to:

  • wydawanie miliardów na poszukiwanie „szczepionki”,
  • wydawanie miliardów na „zapewnienie ludziom bezpieczeństwa epidemicznego poprzez wdrożenie programów inwigilujących, selekcjonujących, ograniczających obywatelskie swobody,
  • wydawanie miliardów na programy monitorowania „zagrożeń”,
  • wydawanie miliardów na produkcję wszelkiego typu środków zabezpieczających (z których najgłupsze są oczywiście sławetne „maseczki”),
  • wydawanie miliardów na wprowadzanie systemów selekcji (na lotniskach, granicach (państw, stref, miast), dworcach, wejściach do kin, restauracji, teatrów, na stadiony),
  • wydawanie miliardów na przygotowanie miejsc kwarantanny (czytaj: odosobnienia, czytaj: więzienia) osób nie godzących się z idiotycznymi restrykcjami.

Zwracam uwagę, że wszystkie wymienione wyżej działania są (będą) nastawione na szeroko rozumianą profilaktykę i skierowane będą na ludzi zdrowych, którzy ewentualnie mogą zapaść na jakąś chorobę. Tu znów kłania się wielokrotnie pojawiające się, także w ustach „ekspertów” stwierdzenie, że wielu z nas „choruje zupełnie bezobjawowo”. Konia z rzędem każdemu, kto udowodni, że takie stwierdzenie nie jest idiotyzmem sprzedawanym „tępemu ludowi”.

Nie tak dawno, zapewne także tylko profilaktycznie, zakazano ludziom oddychania  świeżym powietrzem (zakaz wstępu do lasów), kontaktu z życiodajnym słońcem (zakaz spacerowania po plażach, parkach itp.), nakazano pozostawać w domu (w naszych warunkach czytaj: całymi rodzinami na pięćdziesięciu metrach kwadratowych). Zdrowotne skutki takich działań będą widoczne gołym okiem już niedługo (być może specjaliści już je widzą, ale informacje o tym na pewno „nie przebiją się” do opinii publicznej).

W całym, przytoczonym wyżej katalogu przewidywanych przeze mnie działań nie ma miejsca na leczenie. Na prace badawcze nad rzeczywistym wspomaganiem organizmu człowieka w walce z chorobą, która może go dopaść. Już tak bardzo „poszliśmy w profilaktykę”, że zapomnieliśmy o leczeniu, jego sposobach i ewentualnych skutkach.

Dziś każdy ma być wysoki, szczupły, uśmiechnięty, zdrowy. Jakby chciał być otyły i smutny, szybko „wyjaśnimy” mu niestosowność jego oczekiwań. Nakładając stosowną karę, najlepiej w trybie decyzji „administracyjnej”. (Ten sposób wymuszania posłuszeństwa obywateli, coraz częściej wdrażany na ziemiach polskich pokazuje, w jak ślepy zaułek brną nasze władze. Podobnie zresztą jak w przypadku uchwalania przy każdej okazji „specustaw”).

Polska i Polacy mają wielowiekowe, piękne tradycje. Przekazywane są nam z pokolenia na pokolenie, pisali o nich autorzy, których dzieła już chyba nie są obowiązkowymi lekturami w „polskich” szkołach. Różne siły coraz częściej usiłują nas tych tradycji pozbawić, chcą je podważyć, kwestionować.

Ogłoszona przez mogła zostać wykorzystana do przypomnienia światu, że Polacy nie dadzą się prowadzić jak barany na rzeź, że nie poddadzą się wszechogarniającej, idiotycznej propagandzie. Że polskie społeczeństwo gotowe było zareagować racjonalnie, widać było w zachowaniach ludzi przed wprowadzeniem restrykcyjnych zarządzeń władz, gdy już wiadomo było, że na świecie pojawiło się „coś” nieznanego, co może zagrozić ludziom.

Cel: przestraszyć społeczeństwo!

„Okazuje się, że w dobie grożącej nam choroby ludzie sami (jeszcze przed wprowadzeniem rządowych „wytycznych” i ograniczeń, co stwierdziłem naocznie i nie jeden raz) starali się zachowywać większe odległości pomiędzy sobą w sklepach czy na przykład rzadziej podawali sobie ręce na powitanie.)”

Pozostaje tylko żałować, że władza nie wsłuchała się w opinie obywateli, nie starała się przyjrzeć postępowaniu ludzi w tamtej, przyznaję to z żalem, stosunkowo krótkiej chwili. Gdyby tak zrobiła, być może dziś świat brałby przykład z nas, Polaków. Równocześnie zdając sobie sprawę, że z takim narodem warto współpracować.

Odnoszę jednak wrażenie, że w atmosferze politycznej wojny o władzę za wszelką cenę i ta szansa została zmarnowana. A kto wie, czy nie była ona jedną z ostatnich.


Polub Gazetę Bałtycką na Facebooku:

Autor

Xawery Lopiński

- publicysta, komentator i felietonista.