Urzędnicza rzeczywistość: pieczątki, papiery i... rezerwacja terminów przez internet | Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 9.12.2014

Urzędnicza rzeczywistość: pieczątki, papiery i… rezerwacja terminów przez internet

Już kilkakrotnie pisałem o wysokiej jakości pracy urzędników (urzędniczek) Urzędu Miasta Gdańska, o ich kompetencjach, życzliwości i uprzejmości dla mnie, jakby nie patrzeć, petenta. Fakt, utrzymującego wspomniany , ale jednak – petenta. I tym razem pochwalę.

Urząd Miejski w Gdańsku. (Fot. Gazeta Bałtycka)

Urząd Miejski w Gdańsku. (Fot. Gazeta Bałtycka)

Zarezerwowałem sobie wizytę przez internet, w wyznaczonym dniu o wyznaczonej godzinie sympatyczna pani, przygotowana na moją wizytę przyjęła mnie ze zwykłą dla niej życzliwością. I tak bez kolejki, kłopotów, nerwów i całej biurokratycznej mitręgi rozpocząłem załatwianie swojej sprawy. A była ona niebagatelna. Musiałem wymienić . W starym zabrakło miejsca na wpisy dokumentujące przeprowadzenie wymaganych badań technicznych mojego samochodu.

Gdy już wszystko co było do załatwienia miałem, załatwiłem, wróciłem do domu, zległem na kanapie i zacząłem dumać. Zapadłem w drzemkę (w moim wieku to już przywilej, z którego należy korzystać). Doszedłem do wniosku, że cały ten system, który u nas obowiązuje, to tak jakoś chyba z początków rozwoju motoryzacji, a nie dwudziestego pierwszego wieku.

Gdy pojechałem do stacji diagnostycznej, fachowiec – diagnosta natychmiast wszelkie dane mojego wozu wprowadził do komputera. Spytałem, czy dane o przeprowadzonym badaniu przesyła do jakiejś centralnej bazy danych. Tak, przesyłamy. Istnieje coś takiego jak (kto chce, niech rozszyfruje ten skrót). Drążyłem temat dalej. Czy przesyłacie to natychmiast, czy macie łączność „on line”, czy robicie to co jakiś czas, „w pakietach”. Odpowiedź trochę mnie zdziwiła. Okazało się, że informacje przekazywane są raz, góra dwa razy w tygodniu, a niekiedy nawet dwa razy w miesiącu. Tak naprawdę, gdy zbierze się odpowiednio duża ilość danych do przekazania. Po czym fachowiec diagnosta wprawnym ruchem przystawił mi w dowodzie stosowną urzędową pieczęć, potwierdzającą jego ciężką pracę. Tak naprawdę zabrakło mu tylko zarękawków i mógłby „robić za” carskiego urzędnika.

Wziąłem dowód z pieczęcią i pojechałem. Pech (szczęście) sprawiło, że zatrzymała mnie policja. W ramach „rutynowej kontroli” (kto chce, niech zgaduje, co to oznacza) sprawdzono, czy posiadam prawo jazdy, dowód rejestracyjny samochodu, którym jechałem oraz polisę ubezpieczenia obowiązkowego OC. Przy okazji uprzejmy (prawie) pan policjant poprosił, abym, jeśli posiadam przy sobie, pokazał także dowód osobisty. Wszystkie dokumenty (papiery z urzędowymi pieczęciami i plastikowe gadżety z zakodowanymi tajemniczymi danymi) pokazałem i po ok. pięciu minutach rozstaliśmy się życząc sobie nawzajem spokoju i miłego wieczoru. I tak wspominając właśnie minione chwile zapadłem w drzemkę (w moim wieku to już przywilej, z którego należy korzystać).

Sen miałem piękny. Przyśniło mi się, że pani w urzędzie „on line” otrzymała informację, że samochód o numerze „takim to a takim” właśnie został przebadany i przez najbliższy rok może nadal bezpiecznie poruszać się po drogach publicznych. Ja, jego właściciel, za pośrednictwem systemu, który panią w urzędzie powiadomił o właśnie ukończonym badaniu technicznym, otrzymałem drogą elektroniczną informację potwierdzającą, że właściwa baza danych została powiadomiona o wynikach przeglądu i jeśli chcę, to mogę sobie stosowny dokument wydrukować na domowej drukarce. Ale nie jest to konieczne, bo po co marnować papier. A pan policjant na drodze, zatrzymując mnie, wprowadza dane mojego samochodu do komputera, pyta, czy ja to jestem ja (jeśli pożyczyłem komuś samochód, to pyta o nazwisko i sprawdza, czy kierowca ma prawo jazdy) i po potwierdzeniu tego faktu (np. przez podanie mu mojego imienia) z szerokim uśmiechem informuje mnie, że właśnie przeprowadził sprawdzenie w bazie danych mojego samochodu i ponieważ wszystko jest w porządku a ja nie jestem ścigany np. za to, że np. nie płacę mandatów, życzy mi szerokiej drogi i miłego dnia i przeprasza, że mnie w ogóle zatrzymał, bo przecież mógł to zrobić „w locie”. Na pożegnanie, życząc spokojnej służby, podałem panu policjantowi rękę. Uścisk miał solidny. Jak moja żona.

Sen się skończył, wróciła urzędnicza rzeczywistość, z pieczątkami, papierami, nawet możliwością rezerwacji terminów przez internet. Czasem żałuję, że mam marzenia.


Polub Gazetę Bałtycką na Facebooku:

Autor

- publicysta, komentator i felietonista.

Dodaj komentarz

XHTML: Można użyć znaczników html: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>