Rafał Baca - perkusista. "Spacer po muzycznych górach" | Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 5.06.2014

Rafał Baca – perkusista. „Spacer po muzycznych górach”

, wybitny malborski muzyk, zespołów , i Marienburg. Autorytet dla młodych ludzi pragnących rozwijać swoje umiejętności muzyczne. Zawsze uśmiechnięty, optymistycznie nastawiony do życia, pomocny i niezwykle skromny akustyk Radia Malbork, opowiada jak „załapał bakcyla na perkusję” i od czego zaczęła się jego wielka przygoda ze sceną.

Rafał_Baca

: Jak to się stało, że zostałeś perkusistą? Bardzo często słyszymy od różnych artystów, że odziedziczyli smykałkę po rodzicach i byli oswajani z instrumentem od najmłodszych lat. Czy w twoim przypadku również tak było?
RAFAŁ BACA: Hmmm, trudne pytanie. Początki były dość zabawne. Od  starszego  kolegi dostałem parę pałek i tłukłem w domowe pufy do Beatlesów. Kurz był niemiłosierny <he he>. Byłem z siebie bardzo dumny, bo wydawało mi się, że takie granie to bułeczka z masłem. Najpierw uczęszczałem na lekcję do perkusisty zespołu Armagedon Romana Czyczyna, miałem wtedy 14 lat . Następnie do Stanisława Bienia, muzyka z Kwidzyna. Podglądałem też znanych perkusistów, kupowałem różne szkoły na perkusję. Technikę i time oczywiście miałem „opanowane” na piątkę. Koncerty z TV zresztą zawsze wychodziły mi najlepiej! Rodziców w ogóle bym do tego nie mieszał. Mama, z tego  co pamiętam ,o moim „graniu” dowiedziała się  kiedyś od mojego brata. Co do  muzycznej smykałki po nich, to moja mama zawsze ładnie śpiewała, a ja nie!

P.K: Zespół Inferno. To był twój pierwszy zespół?
R.B: Nie. Pierwszym moim zespołem, co dobrze pamiętam, była grupa PLUTON. Paru  kolegów z podstawówki, o wspólnych zainteresowaniach. Bardziej zabawa, niż poważne podejście do muzyki. Fajne czasy, bez stresu, napinania się i „gwiazdorzenia”! Eeeeech, dużo pozytywnych emocji! A INFERNO… to był zespół który grał thrash metal, albo death…. nigdy nie czułem  się mocny w tych stylach! Zawsze bardziej czułem się punkiem, niż metalem!

P.K: Pamiętasz swój pierwszy koncert i emocje jakie ci towarzyszyły?
R.B: Oczywiście! Pierwszy koncert   zagrałem z zespołem Pluton w roku…, nie pamiętam. Chyba 1992. Trzeba by było spytać kolegów. Na  pewno Malbork, klub Włókniarz z zespołami THE BILETY, LOUTHERS HOUSE, i  … wielu innych ciekawych artystów! Z zawodowstwem niewiele to miało wspólnego! <he he>. Natomiast stres który mi towarzyszył,  przysłonił cały występ. Bałem się jak przed klasówką z matematyki! Do tego jeszcze pękła jakaś struna, zginął kabel i  padł wzmacniacz! Po prostu tragedia. Mam wrażenie, że z tego występu nikt nie był zadowolony! Łącznie z publiką, która o dziwo tłumnie przybyła na ten koncert.

P.K: Jaka była reakcja twoich rodziców na zespół i całą zabawę z muzyką? Traktowali twoją pasję poważnie, jako coś co może zaszkodzić twojej edukacji czy jako chwilowe hobby?
R.B: Muzyka nigdy nie przeszkadzała mi w innych obowiązkach. Starałem się, aby wszystko było w idealnej harmonii. A rodzice?…Chyba myśleli, że kiedyś mi przejdzie. A  ja byłem uparty! Pierwsze poważne pieniądze zarobiłem niestety na chałturze. Za Sylwestra dostałem ładny grosz! Chyba tyle, ile wynosiła miesięczna pensja mojego taty.

P.K: Kto był w tamtych czasach twoim bohaterem? Na czyje nagrania czekałeś w radiowej liście przebojów?
R.B: Ooooo! Wzorców miałem wiele. Począwszy od kolegów z ulicy, którzy już grali na gitarach, a skończywszy na nazwiskach, które do dzisiaj  przyprawiają mnie o gęsią skórkę! Zawsze lubiłem  muzykę mocną, ciężką, z wykopem. Ozzy za swój wokal, miał mój wielki szacunek! Natomiast, nigdy nie uciekałem od muzyki popularnej, jazzowej lub klasycznej. Lubiłem każdy styl i tak mam do dziś.  Co do oczekiwania na nagrania w radiowej Trójce … chyba  Republika. Zawsze fascynował mnie Grzegorz Ciechowski.  A  tak  naprawdę  słuchałem Marka  Gaszyńskiego  w PR 1 pt. Muzyka Młodych. Niedziela,  siódma rano, najnowszy  album grupy TESTAMENT albo ANTHRAX. To był czad!

P.K: Twój gust muzyczny nieco ewoluował czy nadal jesteś wierny dawnym idolom?
R.B: Z wiekiem zmieniają się upodobania, pogląd na świat itd. Dwadzieścia lat temu nie przypuszczałbym, że będę grał muzykę yassową, filmową czy eksperymentalną. Zrozumiałem, że muzyka ma wiele twarzy i nieważne jak się nazywa, ważne by była na wysokim poziomie technicznym i płynęła prosto z serca.  Wszystko ewoluuje, więc rzeczywiście paru idoli zmieniłem. Teraz moim numerem jeden jest Jeff Hamilton, perkusista Diany Krall. Po prostu wirtuoz perkusji.

P.K: W którym momencie zabawa stała się bardziej profesjonalna i oprócz wewnętrznego spełnienia i określenia siebie dawała poważną możliwość zarobku? Jednym słowem, kiedy podjąłeś decyzję o obraniu właśnie takiej życiowej drogi?
R.B: Szczerze mówiąc nie pamiętam. Tak się wszystko potoczyło naturalnie, że nie zauważyłem! Siedzisz w „szoł biznesie” i cały czas więcej jest „szoł” niż „biznesu” <ha ha>. A mówiąc poważnie, cieszę się, że mogę robić to co lubię najbardziej. Mam wrażenie, że jestem spełniony!

P.K: Żałowałeś kiedykolwiek tej decyzji?
R.B: Jak popatrzę jakimi samochodami jeżdżą moi rówieśnicy, to tak< ha ha>. Decyzji podjętych świadomie, nie można żałować. Cieszę się, że robię to co robię! Jak mawia mój kolega z Kuśki Brothers, jeszcze kupimy sobie po śmigłowcu i złotym szlafroku z napisem Elvis!

P.K: No właśnie, jesteś członkiem zespołów Kuśka Brothers, Pabieda i Marienburg. Są to projekty różniące się od siebie muzycznie. W którym z nich czujesz się najlepiej?

Rafał_Baca1R.B: Ciężko porównywać ze sobą te trzy zespoły, bo mają odmienną stylistykę, charakter i przekaz. Każdy z nich daje mi wiele przyjemności i frajdy. Muzycznie i towarzysko trafiłem w dziesiątkę! Cały czas uczę się nowych rzeczy i chyba to napędza mnie do działania. We wszystkich jest mi tak samo dobrze.

P.K: Jak w ogóle zaczęła się wasza współpraca?
R.B: Moja żona wraz z kolegą organizowała festiwal Malborski Przegląd Muzyczny. Janusz Zdunek zgłosił się do nich szukając sekcji do grania. Kasia poleciła mu naszego kolegę Irka Kaczmara i mnie. Poszliśmy na pierwszą próbę , zdaliśmy egzamin <ha ha ha>, stworzyliśmy Marienburg i tak gramy do dziś. Z chłopakami z Kuśki znaliśmy się wcześniej , więc jak ich perkusista odszedł zaprosili mnie do współpracy. Z Pabiedą było dokładnie tak samo.

P.K: Co jest najbardziej uciążliwe przy dzieleniu życia między trzy zespoły, pracę w radiu i rodzinę?
R.B: Najbardziej uciążliwe jest pogodzenie tych wszystkich zajęć ze sobą. Dostosowanie terminów, żeby wszystkie trzy zespoły mogły normalnie funkcjonować i grać koncerty. W radiu jesteśmy z kolegą we dwóch akustykami, także jak coś mi wypadnie to po prostu zamieniamy się „dyżurami”. Jeśli chodzi o rodzinę to moja żona bardzo wspiera mnie w tym co robię. Myślę, że jest ze mnie dumna.

P.K: Z jakimi znanymi muzykami współpracowałeś?
R.B: Miałem przyjemność grać z takimi muzykami jak Kazik Staszewski, Janusz Zdunek, Jarek Ważny, Mariusz  Godzina . Poza tym Sting, Joe Cocker, Toto i Scorpions! <ha ha> Żart oczywiście! Dla mnie wszyscy są znani. Mam to szczęście, że kolegów mam naprawdę fajnych!

P.K: Czy ciężej wygląda współpraca ze sławnymi ludźmi? Ludźmi, którzy są rozpoznawalni, medialni?
R.B: Tą są ludzie z pasją, a z takimi ludźmi którzy  kochają muzykę współpracuję się fajnie.  Muzyka łączy, nie dzieli muzyków. Prawdę mówiąc, nie ma dla mnie znaczenia, czy ktoś jest rozpoznawalny czy nie. Ważne, że jest w porządku, nie zadziera nosa i ma pozytywne podejście do życia.

P.K: Występujesz w różnych miejscach, w dużych miastach, małych miasteczkach, na festiwalach, w pubach, w plenerze, dla wielkiej publiczności i tej nielicznej. Gdzie czujesz się najlepiej? Odczuwasz w ogóle jakąś różnicę odnośnie tego gdzie grasz?
R.B: Bez względu na to dla ilu ludzi się gra , zawsze gra się tak samo. Zawsze daję z siebie  wszystko, żeby koncert się podobał i żeby ludzie wynieśli z niego pozytywną energię. Czasami lepiej jest zagrać dla dziesięciu zainteresowanych niż trzystu  znudzonych. Ja chyba wolę koncerty klubowe niż plenery. Lepszy kontakt z publicznością, większe emocje. Na dużych imprezach ciężko o dobry dźwięk, a strasznie mnie denerwuje jak z „przodów” słychać samą stopę albo wokal i trochę gitary! Podejście niektórych panów dźwiękowców jest zadziwiające.

P.K: Stworzyłeś z zespołami wiele świetnych piosenek. Powiedz, jak to się odbywa? Siadacie sobie gdzieś w garażu, czy w salce prób i wspólnie pracujecie nad materiałem do późnych godzin nocnych?
R.B: Wcześniej tak bywało! Koledzy przynosili jakiś zarys utworu i wspólnie kombinowaliśmy z aranżacją. Każdy jakby odpowiadał za swoją działkę, czyli gitarzysta za harmonię, ja za „time”, piosenkarz za tekst. Chociaż muszę przyznać, że mi też udawało się ułożyć utwór od początku do końca. Chyba ze dwa razy! <ha ha> Teraz, niestety, ciężko z czasem. Żeby spotkać się i pograć trzeba się nieźle nagimnastykować. Mieszkamy w różnych miastach, oddalonych od siebie  po sto, albo lepiej kilometrów. Dograć terminy, które wszystkim pasują graniczy niemal z cudem. Dlatego najczęściej spotykamy się przed koncertami. System pracy z każdym zespołem jest inny. Jasiu Zdunek przywozi gotowe kompozycje, które tylko musimy ograć,  a zazwyczaj wcześniej wysyła nam wersje demo. Kuśka Brothers to na tyle specyficzny zespół, że utwory powstają w biegu i na pełnym spontanie. Co do Pabiedy to utwory powstały jakiś czas temu i jakby tylko przypominamy je sobie. Na nowy materiał na razie nie ma czasu.

P.K: Na wyjazdach, kiedy jest się daleko od domu, wiele nieoczekiwanych sytuacji może mieć miejsce. Zapadło Ci w pamięć jakaś wyjątkowo komiczne lub stresujące wydarzenie?
R.B: Tak. Zazwyczaj coś gubię, albo o czymś zapominam. Czasem w ferworze walki zostawię gdzieś werbel albo siedzonko. Czasem nie zabiorę pałek! Mnóstwo tego było. Pamiętam historię, jak jechaliśmy na jakieś ważne występy, chyba Woodstok, czas montażu na scenie, a tu nie ma blach! Co robić? Nie znam nikogo, a poza tym wstyd się przyznać. Dramat! Na szczęście z opresji uratował mnie jakiś przemiły człowiek, który przypadkiem znalazł się za sceną!

P.K:  Miałeś mały epizod „nauczycielski” szkoląc młodych perkusistów w salce w MDK’u (Miejskim Domu Kultury). Jak się czułeś w roli mentora/mistrza? Czy śledzisz poczynania swoich uczniów?
R.B:  Nauczycielem się nie czuję. Po prostu udało mi się zaszczepić bakcyla w paru młodych ludziach i cieszę się z tego. Jak tylko mogę być na ich koncertach to z przyjemnością ich słucham.

P.K: Spotykasz na swojej drodze wielu młodych muzyków, dla których jesteś autorytetem. Na pewno proszą cię o jakieś rady. Co im wtedy mówisz?
R.B: Nie wiem, czy powinienem dawać komukolwiek rady <ha ha>. Każdy powinien poszukać swojej drogi , a najważniejsza jest konsekwencja. Trzeba  ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć! Grać z ludźmi, najlepiej z lepszymi od siebie. Wtedy uczymy się otwierania na inne style, mamy inne spojrzenie na muzykę i budujemy wyobraźnię muzyczną. Tak mi kiedyś ktoś mądry powiedział!

Paula_Król

Wywiad przeprowadziła Paula Król

P.K: Czy Rafał Baca jako muzyk osiągnął już wszystko, czy nadal dąży do spełniania jakiegoś skrytego marzenia?
R.B: Byłoby miło, gdyby Budka Suflera zaprosiła mnie do wspólnego grania <ha ha ha>. A tak poważnie. Muzyka jest moją pasją i chyba moim największym marzeniem, jest jak najdłużej żyć robiąc to, co kocham.

P.K: Rafał bardzo dziękuję ci za tę rozmowę. Teraz mogę ci tylko życzyć, aby spełniły się twoje plany i marzenia.
R.B: Ja również bardzo dziękuję.  


Polub Gazetę Bałtycką na Facebooku:

Autor

Gazeta Bałtycka

- niezależny serwis informacyjno-publicystyczny.

Dodaj komentarz

XHTML: Można użyć znaczników html: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>



Moto Replika