Polsko-amerykańskie rokowania coraz bliżej. Na co możemy liczyć? | Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 3.06.2019

Polsko-amerykańskie rokowania coraz bliżej. Na co możemy liczyć?

Trump zamordował Konfederację. Oczywiście dla jasności precyzuję to w pierwszych słowach: – nie Donald Trump tylko Fort Trump. Zresztą Amerykanom ta nazwa za bardzo się nie podoba, więc zapewne, aż się czegoś dobrego nie wymyśli (może na przykład Donald Duck, co było by symbolicznym połączeniem Trumpa i Kaczyńskiego), będzie jakieś USPL-19 XXI.

Szanowni koledzy ekscytanci, co kochają każdy włos dzielić na cztery, z zapartym tchem czytają, słuchają kolejnych teorii spiskowych, ba, sami je tworzą, są tak zajęci kolejnymi grami, że całkowicie tracą pełen obraz i mimo, że często powołują się na podejście holistyczne, nie dokonują żadnej syntezy, przez co ciągle poruszają się w sferze nieco marginalnych problemów, żeby nie powiedzieć – prowincjonalnych. Tymczasem zwracałem uwagę i to wielokrotnie, że na końcu (a może na początku) jest geopolityka i działania geostrategiczne.

Jestem wielki naiwniak, bo po dubeltowych wygranych w 2015 spodziewałem się spokoju i harmonii po naszej prawej stronie Polski. Tyle się przecież nawalczyliśmy, by wygrać. Tacy byliśmy dumni i szczęśliwi… Myślałem sobie – teraz tylko harmonijnie budować i naprawiać. Polepszać co się da. Bo dobro jest jedno i dokładnie określone. Co tu dużo deliberować?

Tak, tak… głupie marzenia… Może gdzieś na świecie byłoby to realne. Ale nie w Polsce.
Wielu bojowych kolegów, prawdziwych wojowników, gdzie niektórzy z nich w czarnych latach komuny płacili za to prześladowaniami i aresztowaniami, dobrych ludzi, nie potrafiło się po piętnastym przestawić z trybu wojny, walki, na tryb pokojowy.

Niemalże natychmiast zaczęli szukać, a potem zwalczać nowego wroga. Opozycja, która natychmiast ogłosiła się totalną, uznana została za cel niegodny wojownika. To łachudry i kompletne nieudaczniki. Musiał być ktoś godniejszy, potężniejszy. A ponieważ walka z władzą została już na polu walki przećwiczona, to naturalne było podjęcie wojny z nową władzą, z Prawem i Sprawiedliwością, Jarosławem Kaczyńskim i po kolei z jego ludźmi.

Od momentu zdobycia władzy i początku „dobrej zmiany” Polska stała się areną jeszcze bardziej zdecydowanego działania służb specjalnych wielu mocarstw (i nie tylko), niechętnych dokonywana przeobrażeń, które zostały zadeklarowane. Właściwie chodziło tylko o jedno – Polska nie może stać się silna i suwerenna.

Nowością w tych działaniach stało się położenie głównego nacisku na kształtowanie opinii publicznej i postaw obywateli. Do pracy ruszyło parę tysięcy tak zwanych agentów wpływu. Sporą część tych oddziałów stanowili zwykli zdrajcy, ludzie kupieni, ludzie szantażowani, a także ci, którzy ideologicznie byli przeciwni mocnej ojczyźnie.

W czasach poprzedniej władzy środowiska prawicowe i patriotyczne zostały dość dokładnie zinfiltrowane, co jest elementarzem działań służb. Wiadomo więc mniej więcej, na kim ewentualnie można polegać, a kogo należy zdecydowanie niszczyć. Nawet, jak za czasów Kiszczaka doszło do paru tajemniczych zgonów i dziwnych, śmiertelnych wypadków. Służby dokładnie wiedziały, że Polaków jest bardzo trudno pokonać w bezpośredniej walce. Niestety, wiedziały aż za dobrze, że spora część polskiego narodu, głównie ta część, która żywo interesuje się polityką jest bardzo podatna na wpływy. Łatwo przyjmuje logiczne teorie spiskowe, szczególnie gdy są one podbudowane tradycyjnymi resentymentami i skrywaną wrogością.

I tu coś, co daje do myślenia. Odwiecznymi wrogami ojczyzny w powszechnym rozumieniu Polaków jest i Niemcy. Tymczasem na tych kierunkach jest dziwnie cicho. A ostrza naszych patriotów zostały skierowane na drugorzędnych wrogów, od których doznaliśmy też wiele krzywd, lecz w skali zdecydowanie mniejszej niż od tych dwóch dużych. To oczywiście Ukraina i Żydzi.

Przez pryzmat stosunku władz kraju do tych dwóch nacji, prawi bojowcy rozpoczęli atak na PiS i jego ludzi, a wkrótce też na zwolenników i wyborców. Oto właśnie zagranicznym służbom specjalnym i ich agentom wpływu chodziło. Niech Polacy zaczną sami siebie okładać pałami, niech się kłócą, niech wściekają, niech nienawidzą. Może nawet zaczną do siebie strzelać i podkładać bomby?

Wydawać by się mogło, że domowa wojna propagandowa osiągnęła apogeum w momencie wyborów do parlamentu europejskiego. A krzyk dziki rozgoryczonej narodowej prawicy poszybował aż do nieba, gdy okazało się, gdy wspierana i lansowana przez nich Konfederacja, czyli towarzystwo panów Michalkiewicza, Brauna, Korwina-Mikke i Liroya, a także dwóch „pryszczatych” – Bosaka i Winnickiego, przerżnęło z kretesem, nie osiągnęło progu wyborczego, choć wieczorny exit poll dawał im upragnione 6%.

Przegrali i już. Normalnie i po ludzku. Choć osobiście wcale nie byłbym zdziwiony, gdyby do tej porażki rękę przyłożyły tajne służby amerykańskie, bo kto chce mieć sojusznika, którego politycy jeżdżą po instrukcje do Moskwy, na wypoczynek na ruski Krym i udzielają wywiadów oficjalnemu organowi spadkobierców i KGB.

Otóż ja jestem święcie przekonany, że te majowe harce, walki i zaczepki, miały bardzo mało wspólnego z wyborami do parlamentu europejskiego. Geopolityka jest zawsze na pierwszym miejscu, gdy rozgrywane są przełomowe plany mające zmienić układ sił na świecie.

Już wkrótce, w środę 12 czerwca prezydent Andrzej Duda wraz z małżonką, zaproszeni oficjalnie do USA, spotka się w Białym Domu z prezydentem Donaldem Trumpem. To druga taka wizyta w ciągu paru miesięcy, a jeszcze możemy się spodziewać rewizyty 1 września na Westerplatte,

W komunikacie Biały Dom, jak zwykle lakonicznie napisał:
„Prezydent Trump i prezydent Duda będą omawiali rozwijające się strategiczne partnerstwo oraz szereg spraw interesujących obie strony, w tym obronność, bezpieczeństwo, energię oraz kwestie handlowe”.

Lecz liczni obserwatorzy sceny politycznej nie mają wątpliwości, że głównym tematem będzie stacjonowanie wojsk amerykańskich w Polsce i wspólne budowanie defensywnej tarczy chroniącej Europę od Zatoki Botnickiej po Morze Czarne.

A to z kolei zmieni rozkład sił na wschodniej europejskiej flance i złamie rosyjską strefę wpływu, którą wg nich rozciąga się niemalże po Berlin i Wiedeń.

To nie są jakieś hocki – klocki. Jakiś Tusk na białym koniu, wybory w Koninie, czy biedacy z Konfederacji, co nie odrobili politycznego przedszkola i dali się zwieść starym sępom, którzy, kto wie, może właśnie dostali polecenie rozwalania ruchu narodowego w Polsce.

Tak czy inaczej, dla najważniejszych tego świata, wybory do parlamentu Unii Europejskiej były znacznie mniej istotne, niż zbliżające się polsko-amerykańskie rokowania. Bo to jest właśnie coś, co jest światową geopolityką takiej samej skali, jak amerykańska flota w Zatoce Perskiej, czy budowanie chińskich baz na Wyspach Paracelskich i Spratly.

Dlatego też praktycznie od roku robiono wszystko z wielu stron, by jak tylko się da, zepsuć stosunki Polski z Ameryką. Wielkie siły działały zarówno w Waszyngtonie, jak i w Polsce. Cel tylko jeden – nie żadna tam konfederacja – nie dopuścić do silnej obecności Amerykanów w Polsce. Bo jak już to stanie się faktem, to zbudowanie Federacji Trójmorza to będzie bułka z masłem. A w Moskwie, Berlinie i Paryżu będą płakać i rwać szaty. A Chiny nabiorą odpowiedniego respektu dla Polski i pewnie pogłębią wieloletnią przyjaźń.

Autor

- publicysta. Z zawodu inżynier elektronik pracujący od 30 lat za granicą na morzu. Konserwatysta.

Dodaj komentarz

XHTML: Można użyć znaczników html: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>



Moto Replika