Politycy dorabiają na boku. "Takich ludzi "solidarnościowa rewolucja" wyniosła na szczyty" | Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 15.12.2014

Politycy dorabiają na boku. „Takich ludzi „solidarnościowa rewolucja” wyniosła na szczyty”

Cóż za „klasa polityczna” nam wyrosła! Cóż za „elity” sobie wybieramy! Pisałem już kiedyś o garniturach dla premiera i kieckach dla jego małżonki kupowanych za publiczne (partyjne) pieniądze. Wspomniałem o kwiatach, które pan premier otrzymał od kogoś i usiłował wręczyć je siedemnastoletniej panience, z którą polemizował, a która pozwoliła sobie nazwać premiera zdrajcą.

sejm4

Do tego dochodzą kolacyjki w wykwintnych restauracjach opłacane publicznymi pieniędzmi. I mętne tłumaczenia bzdurnych, niekiedy po prostu głupich wypowiedzi. Ich autorzy zwykle opowiadają o tym, że motłoch nie zrozumiał tego, co powiedzieli, albo raczej, co rzekomo usiłowali powiedzieć.

Że wyraźnie słychać, że zrobiliśmy Amerykanom „łaskę” a nie „laskę”. Że jakiś profesor jest oczywiście nie „” a „. Że to „małolaty” prowokują dorosłych do nadużyć seksualnych, których ci dorośli dopuszczają się wobec dzieci. Teraz dochodzi sprawa dorabiania „na boku” poprzez pobieranie pieniędzy za wykorzystywanie samochodów prywatnych do celów służbowych w sytuacjach co najmniej dwuznacznych. Przykłady można mnożyć.

Zastanawiam się, jakich ludzi „solidarnościowa rewolucja” wyniosła na szczyty władzy. Czy ludzie ci mają jakiekolwiek zasady moralne, etyczne? Czy odróżniają dobro od zła? Czy wiedzą, co wolno robić, a czego robić nie wolno?

Przypomniała mi się rozmowa z jednym z moich współpracowników, prostym człowiekiem, operatorem ładowarki. W chwili szczerej, rzekłbym, koleżeńskiej rozmowy, opowiedział kilka słów o sobie. Że robił w życiu różne rzeczy, że był grabarzem, kamieniarzem, pracował na roli. Teraz jest „elitą robotników”, bo jest operatorem ciężkich maszyn budowlanych. Opowiadając o latach dzieciństwa wspomniał, jak dopuścił się jakiejś kradzieży w szkole i jak ojciec „spuścił mu lanie”, które on pamięta do dzisiaj. I wie, że nikt nie ma prawa podnieść ręki po cudzą własność. I o dziwo, dla niego, prostego człowieka, jest to „oczywista oczywistość”. Nie są potrzebne do tego żadne kodeksy etyki, dodatkowe przepisy, uregulowania prawne. Pewnych rzeczy się po prostu nie robi.

Pomyślałem o naszych posłach. Pewnie wyrośli w sytuacji, gdy rodzice starali się im zapewnić jak najlepsze warunki. W miarę modne ciuchy do szkoły, zawsze do tejże szkoły śniadanko zrobione przez zapobiegliwą mamusię. Stosunkowo luźne wychowanie religijne. Obecność na mszy niedzielnej obowiązkowa o tyle, o ile można było tam spotkać kolegów ze szkoły. Religia – też spotkanie raczej towarzyskie. I wykłady, na których księża więcej opowiadali o nieprawościach komunistycznego państwa niż o wartościach moralnych. I wzorce z domu. Rodzice, którzy mówili (i uczyli), że nie wolno kraść, ale równocześnie starali się za wszelką cenę zapewnić w domu możliwie jak największy komfort, nierzadko przynosząc do domu wszystko, co tylko dało się bezkarnie ukraść z „państwowego” zakładu pracy. Dla spokoju sumienia nazywano to „zaradnością”. Dzięki takiej zaradności powstawały w latach siedemdziesiątych i osiedla domków jednorodzinnych, i domki letniskowe nad jeziorami, i ludzie byli całkiem nieźle wyposażeni w różnorakie narzędzia.

Ta zaradność weszła wielu z nas w krew i dziś widać ją także wśród naszych parlamentarzystów, którzy mają być „elitą elit”. To oni chcą pouczać innych, jak należy postępować! Zabawna jest widoczna wśród nich chęć bycia rycerskimi. Przejawia się ona w całowaniu pań w rękę, przepuszczaniu ich w drzwiach. Ale każda książka historyczna mówiąca o rycerstwie uczy także (a przynajmniej uczyć powinna), że rycerz nie tylko postępuje szarmancko wobec kobiet, zawsze służy im wszelką możliwą pomocą, ale także: jest prawy wobec przeciwnika (każdego), nigdy nie postępuje niehonorowo oraz, co chyba najważniejsze, brzydzi się kłamstwem. Słowo rycerza było świadectwem znacznie pewniejszym niż polskie świadectwa udziałowe. (Dociekliwi niech przypomną sobie, co to za twór).

A nasi parlamentarzyści? Już za normę przyjmują, że kłamstwo wypowiedziane w kampanii wyborczej jest normą. Obrzucanie politycznego przeciwnika epitetami – jest dopuszczalne, a nawet zalecane, bo dosadny, rubaszny, ba, wulgarny język przydaje wypowiedziom kolorytu a ich autorom – popularności. A ta może przekładać się na głosy wyborców. Cóż. W mojej ocenie takie postępowanie przystoi raczej małym, drobnym „geschefciarzom”, może „żulikom” spod budki z piwem (dociekliwi niech przypomną sobie, co to takiego), a nie poważnym parlamentarzystom w kraju średniej wielkości w środku Europy. Ale czy kogoś to jeszcze obchodzi?


Polub Gazetę Bałtycką na Facebooku:

Autor

Xawery Lopiński

- publicysta, komentator i felietonista.

Dodaj komentarz

XHTML: Można użyć znaczników html: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>