Ukraina. Trochę inny punkt widzenia | Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 9.06.2014

Ukraina. Trochę inny punkt widzenia

Po zaanektowaniu przez Rosję Krymu rozpoczęła się w światowych mediach wielka akcja propagandowa, mająca na celu przekonanie możliwie najszerszych rzesz społecznych, że oto odrodziło się „imperium zła”, które zagraża już nie tylko Ukrainie, ale wręcz całemu światu. Tak wypowiadają się dziennikarze, tak wypowiadają się politycy, tak wypowiadają się niemal wszyscy eksperci zapraszani (dopuszczani) do mediów. Każda opinia, która niezbyt wyraźnie podziela ten punkt widzenia jest natychmiast dezawuowana, a jej wyraziciel w najlepszym razie zyskuje miano rusofila, a znacznie częściej „komucha”, co powinno przede wszystkim zdyskredytować go w oczach pozostałych dyskutantów oraz „opinii publicznej”.

Ukraina. Trochę inny punkt widzenia

Wszystko wskazuje jednak na to, że świat nie jest tak jednoznaczny w ocenie przyczyn, które doprowadziły do obecnej sytuacji. Bardziej zdecydowany jest w potępianiu sposobu, w jaki Rosja stara się chronić swoje interesy np. w obrębie Morza Czarnego.

Spróbujmy określić przynajmniej niektóre z tych przyczyn. To nieprawda, że świat nie jest dwubiegunowy. Po rozpadzie Związku Radzieckiego wydawać się mogło, że dni Rosji jako światowego mocarstwa są już policzone i tylko patrzeć, jak będziemy mieli jednego hegemona (USA) i kilku, kilkunastu jego satelitów. Chaos i anarchia, jakie zapanowały w Rosji i krajach poradzieckich wydawały się to potwierdzać. Jednak wraz ze zmianą władzy na Kremlu, gdy obarczonego „różnymi przypadłościami” prezydenta Jelcyna zastąpił stosunkowo młody, rzutki prezydent , Rosja zaczęła się zmieniać. Okazało się, że było możliwe przeprowadzenie takich zmian (w systemie podatkowym, w gospodarce), że pieniądze znowu zaczęły płynąć do rosyjskiego skarbca. Zmodernizowano rosyjską armię. O tym, jak jest ona sprawna, przekonaliśmy się w trakcie „konfliktu krymskiego”, zajętego praktycznie bez jednego wystrzału. Wydaje się, że świat, zafascynowany rozwojem gospodarki chińskiej, wzrostem gospodarczym Indii czy zastanawiającą pozycją w rankingach światowych gospodarki Brazylii nie chciał przyjąć do wiadomości, że Rosja wróciła do grona supermocarstw, że przywróciła, przynajmniej w jakimś stopniu, dwubiegunowy podział świata.

Ten fakt spowodował, że gdy tylko nadarzyła się okazja, Stany Zjednoczone rozpoczęły szeroką akcję mającą na celu osłabienie wzrastającej pozycji Rosji. Z wykorzystaniem kłamstwa wyrażonego przez najwyższe czynniki w państwie rozpoczęli oni wojnę w Iraku. Nie jest ważne, czy ją wygrały, czy przegrały. Nie jest już nawet istotne, że do tej chwili Amerykanie nie odnaleźli owej broni masowego rażenia, która była bezpośrednim powodem rozpoczęcia działań zbrojnych. Działań prowadzonych „za przyzwoleniem” poważnych (chciałoby się powiedzieć „poważnych inaczej”) instytucji międzynarodowych.

Powstaje pytanie. Jaki był rzeczywisty powód inwazji na Irak? Precyzyjnej odpowiedzi na to pytanie nie usłyszymy. Przynajmniej jeszcze przez kilkadziesiąt lat. Ale jedną z możliwych jest i ta, że wojna w Iraku miała przyczynić się do osłabienia Rosji. Bliskość tego kraju, „muzułmańskie zagrożenie”, ograniczenie wpływów na Bliskim Wschodzie – to elementy, których powstanie musiało być dla Rosji bardzo kosztowne. Rzut oka na mapę świata pozwala to łatwo ocenić. Kolejnym „przyjaznym” działaniem w stosunku do Rosji była rewolta w Syrii. Do dziś nie zakończona. Władca Syrii nie ugiął się pod naciskami „sił społecznych” i brutalną siłą tłumił zamieszki. Krew lała się strumieniami. A np. Francuzi stosunkowo szybko zaczęli ograniczać swą pierwotną pomoc dla „ludowej rewolucji syryjskiej”. Być może kontrakty na dostawy okrętów wojennych do Rosji okazały się znacznie lepszym interesem. I znów pytanie: jaki był rzeczywisty cel wyprowadzenia ludzi na ulice Syrii?

Niewtajemniczonym powiem, że, o ile moje informacje są prawdziwe, to w tym kraju położony jest port Tartus, będący m. in. ostatnią morską bazą marynarki wojennej Rosji na Morzu Śródziemnym. Prawda, że dobrze byłoby w takim kraju arabskim jak Syria rozwinąć demokrację zgodną z modelem amerykańskim, a przy okazji zdecydowanie przynajmniej ograniczyć Rosji możliwość korzystania ze wspomnianej bazy. Przecież to i rozwój demokracji światowej, i większa szansa na światowy pokój.

Tzw. „arabska wiosna” nie wzięła się znikąd. Społeczeństwa, aby rozpocząć rewolucję, muszą mieć: po pierwsze – powód do jej wywołania, po drugie – przywódców gotowych poprowadzić je do walki. Powody do wybuchu społecznego niezadowolenia w krajach arabskich nietrudno było znaleźć. Wystarczyło, korzystając z nowoczesnych środków komunikacji i przekazywania wiadomości pokazać, jak źli przywódcy tam rządzą, jak gnębione są tamte społeczeństwa. Nie twierdzę, że te argumenty były nieprawdziwe. Ale uważam, że zostały one świadomie, z premedytacją nagłośnione przez różne źródła propagandowe związane z szeroko rozumianym Zachodem i wykorzystane do wzbudzenia społecznej rewolty. O tym, że przywódcy takich „społecznych rewolucji” byli, są i będą finansowani przez „demokratyczny zachód” nie muszę pisać. Wiedza na ten temat jest powszechna przynajmniej od czasu, gdy mogliśmy bliżej zapoznać się z historią polskiego ruchu społecznego o nazwie Solidarność.

I przyszedł rok 2013. Słaba gospodarczo , po tzw. „pomarańczowej rewolucji” mamiona obietnicami możliwej integracji z Unią Europejską, stanęła w obliczu gospodarczej katastrofy. Z jednej strony Rosja, zapewniająca stabilne dostawy gazu po umiarkowanej cenie, odbiorca znacznej części produkcji ukraińskiego przemysłu, zwłaszcza zbrojeniowego. Z drugiej Unia Europejska, żądająca reform gospodarczych i politycznych w zamian za pomoc finansową, potrzebną do przeprowadzenia tych reform. Na końcu propozycja umowy, której ostatecznie nie zdecydował się podpisać urzędujący prezydent Ukrainy, wybrany w wyborach, które przez cały świat uznane zostały za demokratyczne. Myślę, że decyzję podejmował świadomie. Był przecież tuż po zakończeniu rozmów w Rosji. Co usłyszał od Rosjan, nie wiemy. Ale wiemy już, że propozycja umowy stowarzyszeniowej przedłożona Ukrainie przez Unię Europejską na pewno nie spełniała oczekiwań tego kraju. Decyzja prezydenta Janukowycza wywołała społeczne niezadowolenie. Zostało ono skutecznie „podkręcone” przez siły zewnętrzne. To doprowadziło do eskalacji konfliktu, który szybko przekształcił się w anarchię. Okazało się, że nie ma możliwości w miarę łagodnego wyciszenia buntu mas. Prezydent opuścił kraj, władzę przejęli „przedstawiciele ludu”. Kto ich finansował i szkolił, głośno powiedział prezydent Rosji. Jeśli ktoś uważa, że całkowicie minął się z prawdą, niech posłucha spokojnie wywiadu, jakiego w programie „Kropka nad I” Monice Olejnik udzielił Prezydent Rzeczpospolitej (13.04.2014) wywiad prezydenta w „Kropce nad i”.

Jednym z pierwszych działań nowych władz ukraińskich była ustawa o języku, mająca skutecznie ograniczyć rolę rosyjskojęzycznej części społeczeństwa Ukrainy oraz wypuszczenie na wolność skazanej wyrokiem sądu Julii Tymoszenko. Nie znam ukraińskiego prawa, ale jeśli jest podobne do naszego, opartego na trójpodziale władzy, to nie widzę możliwości, aby rząd mógł takie posunięcia realizować.

Po raz kolejny można postawić takie samo pytanie: jaki był rzeczywisty cel dokonanego na Ukrainie przewrotu? I znów odpowiem: jednym z możliwych wariantów odpowiedzi jest ten, który mówi o osłabieniu roli Rosji w rejonie Morza Czarnego. Sytuacja, w której „” wypowiada Rosji umowę dotyczącą dzierżawy bazy (baz) marynarki wojennej w rejonie Sewastopola doprowadziłaby do marginalizacji rosyjskiej Floty Czarnomorskiej. W interesie Rosji na pewno to nie leży. Nie dziwię się, że prezydent Rosji postąpił tak, jak postąpił. Dziwię się natomiast niektórym przywódcom europejskim, że nie przewidzieli takiej sytuacji. Przy okazji gorących wypowiedzi różnych polityków zachodnich, jakie zdołałem zapamiętać, była i ta, która mówiła o konieczności niemal natychmiastowego pobudowania na terenie Polski elementów amerykańskiej „tarczy antyrakietowej”. Tej samej, której pobudowanie obiecywał prezydent Bush, a zaniechał realizacji prezydent Obama. Pamięć mam krótką, starczą. Ale ona jeszcze ciągle podpowiada mi, że zdaniem Amerykanów tarcza nie była wymierzona przeciwko Rosji, ale przeciwko potencjalnemu zagrożeniu rakietowemu Ameryki ze strony Iranu, budującego swój atomowy arsenał i mającemu (przynajmniej potencjalnie) środki przenoszenia broni atomowej.

Zadaję więc kolejne pytanie: czy w związku z tym, co zrobiła Rosja na Krymie, rzeczywiście wzrosło zagrożenie dla USA ze strony Iranu? Czy może znowu bardzo ważni politycy w Stanach Zjednoczonych mijali się z prawdą (kłamali)? Myślę, że prezydent Rosji dobrze ocenił sytuację. I nie do końca dziwię się, że podjął działania dla zapewnienia dotychczasowej pozycji Rosji w „globalnej wiosce”. Podkreślam: „nie dziwię się” nie oznacza wcale, że pochwalam metody. Po prostu rozumiem, że każdy przywódca na świecie, przynajmniej ten liczący się, dba o interesy swojego kraju.

Chciałbym, aby przywódcy mojego kraju również taką rolę spełniali. Trochę trudniej jest mi zrozumieć postępowanie niektórych polityków Zachodu. Wszak wszyscy oni wielkim głosem potępiają Rosję (prezydenta Putina), zapowiadają wprowadzenie coraz to poważniejszych sankcji przeciwko Rosji, a tymczasem znacznie mniej oficjalnie prowadzą z Moskwą zakulisowe negocjacje w sprawie sposobu rozwiązania zaistniałego konfliktu, roli własnych państw w tym rozwiązywaniu i ewentualnie minimalizacji strat gospodarczych, jakie ich państwa mogłyby ponieść w przypadku, gdyby ktoś wpadł na, moim zdaniem dość szalony, pomysł wprowadzenia ich w życie.

Przysłowie mówi, że „kto sieje wiatr, ten burzę zbiera”. Wiatr na Ukrainie powiał bardzo silny. Tak więc i burza będzie zapewne potężna. Dotknie ona przede wszystkim samych Ukraińców. Jak wiadomo, oprócz Majdanu w Kijowie mieliśmy już „majdany” w kilku innych miejscowościach. Kto tymi działaniami steruje, kto je opłaca i inspiruje? Nie mnie oceniać, choć intuicja podpowiada, że rola Rosji w tym procederze nie jest najmniejsza. Jaki jest cel tych działań? Myślę, że najlepiej byłoby, gdyby to pytanie zadać prezydentowi Putinowi. Ale tu od razu drobna uwaga. Rosja to wielki kraj. Rosjanie są dumnym narodem, z wielowiekowymi tradycjami, z wielkimi osiągnięciami w zakresie kultury. Więc pytania do przywódcy tego narodu dobrze byłoby kierować w trakcie partnerskich rozmów. Przy czym „partnerskie” należy rozumieć dosłownie. W rozmowach nie trzeba prezydenta Rosji poklepywać po plecach. Niemcy pokazali, że z Rosją można robić interesy. Pod warunkiem, że kraj ten traktuje się poważnie. Przykładem jest „”. Amerykanie, ze swoimi możliwościami technicznymi obserwowania wszystkiego i wszędzie, zapewne znają tę budowlę. Wierzę, że takie partnerskie rozmowy z prezydentem Rosji są możliwe. Władimir Putin nie sprawia wrażenia człowieka, który łatwo obraża się w interesach. A gdy mogą one być korzystne dla jego kraju, nie obraża się praktycznie nigdy. Chyba, że obrażający nie ma do zaoferowania nic, prócz obrazy.


Polub Gazetę Bałtycką na Facebooku:

Autor

- publicysta, komentator i felietonista.

Dodaj komentarz

XHTML: Można użyć znaczników html: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>