Wszechobecne indoktrynacja. Jak jesteśmy oszukiwani? | Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 30.01.2019

Wszechobecne indoktrynacja. Jak jesteśmy oszukiwani?

Zwykło się mówić, że w okresie Polski Ludowej jako społeczeństwo poddawani byliśmy niezwykle mocnej, nawet brutalnej „indoktrynacji”. Im dłużej żyjemy w „wolnej” Polsce, tym opinii takich słychać więcej.

fot. Wikipedia

O dziwo, najczęściej autorami takich opinii są ludzie mający olbrzymi wpływ na kształt dzisiejszych mediów. To ostatnie jest ważne, bo to ponoć właśnie media, wówczas nazywane „środkami masowego przekazu”, były najpoważniejszym narzędziem indoktrynacji, jakim peerelowskie władze dysponowały. Na wszelki wypadek, za słownikiem języka polskiego PWN podaję, że indoktrynacja to „systematyczne i natarczywe wpajanie jakichś idei lub doktryn”.

Być może rzeczywiście owej indoktrynacji byliśmy poddawani. Jednak mimo niej, a może właśnie dlatego, że byliśmy jej poddawani i zdawaliśmy sobie z tego sprawę, o sprawach, „o których wiedzieć nie powinniśmy”, wiedzieliśmy więcej, śmiem twierdzić, że o wiele więcej, niż dzisiejsze młode pokolenie. Ot, taki dziwny paradoks.

Ja wspomnę tylko kilka przykładów. Wiedzieliśmy, co to Katyń i kto dokonał tej zbrodni. Może nie do końca znaliśmy szczegóły, może nie do końca wiedzieliśmy, czy zginęło dwadzieścia, czy dwadzieścia pięć tysięcy polskich obywateli. Nikt z nas nie wierzył, że 17 września 1939 roku Rosjanie wkroczyli na ziemie Rzeczpospolitej dla obrony jakichkolwiek narodowych mniejszości. Mieliśmy swoje zdanie na temat powodów wybuchu powstania warszawskiego, i zachowania Rosjan wobec powstanie. Jakoś tak się działo, że wiedzieliśmy o amerykańskiej pomocy dla Rosji w czasie II wojny światowej, a nawet, o zgrozo, o prawdziwej roli pierwszego „czekisty”, Polaka Dzierżyńskiego i prawdziwej roli Józefa Wissarionowicza w rabowaniu niektórych banków.

A jak sytuacja wygląda dziś? No cóż. Prasy (papierowej) już prawie nikt nie czyta. Stacje radiowe nadają „sieczkę”, w której wszelkiego typu „szarpidruty” skutecznie konkurują z „wydrzyjmordami”.

Pozostały i . Zatrzymajmy się na chwilę przy telewizji (telewizjach). Rozwój technologii pozwolił na utworzenie kilku stacji, które bez trudu można podzielić wg kryterium politycznego. Gdyby inne były wyniki ostatnich wyborów, i tego podziału by nie było. Jednak bez względu na to, którą stronę politycznego sporu reprezentuje dana stacja, metody oddziaływania na społeczeństwo są dokładnie takie same. Odnoszę także wrażenie, że takie same cele stawiają przed sobą te stacje.

Najważniejszy z nich to chyba ogłupianie społeczeństwa. Dość powiedzieć, że najwyższy poziom wymagań intelektualnych stawia program „Jeden z dziesięciu” (który zresztą najbardziej cenię ze wszystkich programów telewizyjnych. Choćby za kulturę i takt prowadzącego. Ale cóż. To w gruncie rzeczy stara, dobra, chciałoby się rzec, „peerelowska” szkoła. O poziomie pozostałych programów aż nie chce się pisać. Poziom kultury dyskutujących w programach publicystycznych najlepiej oddają powtarzane praktycznie w każdym programie słowa prowadzących: „Szanowni Państwo. Jeśli wszyscy mówią równocześnie, to nasi widzowie nic z tego nie zrozumieją”.

Sztuka telewizyjnej manipulacji doszła już do takiej perfekcji, że nawet widownię dobiera się w sposób szczególny, kierując nawet tak zwanymi spontanicznymi reakcjami tejże widowni. W dawnych czasach w teatrach taką widownię nazywano „klakierami”. Wszystko wskazuje na to, że było to zjawisko marginalne, niezwykle drogie i zdecydowanie potępiane. Dziś w studiach telewizyjnych to „norma”. „O tempora, o mores!”

Wg naszych rodzimych stacji telewizyjnych najważniejsze wydarzenia to tweeterowe wypowiedzi niektórych „możnych” tego świata. Poza tym nic ważnego się nie dzieje (chyba, że jakaś katastrofa, zamach terrorystyczny albo jakiś głupawy wybryk chuligana, nazywanego nie wiedzieć dlaczego – pseudokibicem).

Gdy jakaś sprawa wymknie się spod kontroli i ujrzy światło dzienne, to najpierw tak zwane czynniki decyzyjne muszą przemyśleć sprawę i ogłosić obowiązującą narrację. W efekcie wszystkie komentarze są zgodne z obowiązującą linią, opinie – dokładnie takie, jak pożądane.

Przykłady? Proszę bardzo. Gdy rządziła Platforma Obywatelska wspólnie z PSL – jedynym możliwym, słusznym i oczekiwanym przez społeczeństwo rozwiązaniem było podniesienie wieku emerytalnego i przeniesienie do ZUS pieniędzy z OFE. Gdy władzę sprawuje Prawo i Sprawiedliwość z Prawicą Razem – sukcesem jest wycofanie się ze zmian w ustawie o IPN i ustawa „dezubekizacyjna”, pozbawiająca byłych funkcjonariuszy państwa ponoć gwarantowanych przez to państwo praw.

I wszyscy mamy myśleć tak samo! Mimo postępu technologicznego społeczeństwo nadal nie wie, co robi władza, jak bardzo zadłuża kraj, jakie zobowiązania przyjmuje w imieniu Polaków. Do tego dochodzi nachalna, wręcz brutalna reklama. Przypominam, zgodnie z ustawą mogąca zajmować dwadzieścia procent ogólnego czasu emisji. Kogo stać na tę reklamę? Odpowiedź jest prosta. Koncerny farmaceutyczne!

Jeśli ktoś spróbuje spojrzeć analitycznym okiem na to, czym raczą nas te koncerny za pośrednictwem telewizji, to bez trudu zauważy, że aby być zdrowym, młodym i bogatym wystarczy kupować dostępne bez recepty leki na wszystko. I tylko ważne jest, byśmy wiedzieli, że „Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu”.

Telewizja jest potężnym środkiem współczesnej indoktrynacji. Ale przecież coraz częściej w przedsiębiorstwach (spółkach państwowych), bankach, instytucjach podległych rządowi (służby mundurowe, medyczne, szkoły) ich kierownicy, skierowani na „dany odcinek walki ideologicznej” przez swoich partyjnych bossów oczekują od swych podwładnych (a niekiedy wręcz starają się na nich wymusić) określonej postawy. I bardziej lub mniej skutecznie egzekwują to!

Konia z rzędem każdemu, kto potrafi wskazać różnicę pomiędzy „niedemokratyczną indoktrynacją” okresu PRL-u a dzisiejszym, „demokratycznym przekazem” serwowanym przez „wolne” media.

Pozostał internet. Tak, tu jeszcze jakieś resztki swobody pozostały. Patrz – . Ale giganty typu Facebook czy Google mogą (i robią to) bez trudu zablokować niewygodne informacje, niezgodne z narracją obowiązującą w „wolnym świecie”.

Wszystko to brzmi bardzo pesymistycznie. Mimo to wierzę jednak, że tak, jak nieskuteczne były działania władz PRL-u, tak nieskuteczne będą indoktrynacyjne działania ośrodków obecnie rządzących (bez względu na to, jak wielkie siły i pieniądze za nimi stoją).

Humanistyczne wartości wpajane ludziom prędzej czy później przyniosą skutek. Nie wiem, jak potoczą się dalsze losy współczesnego świata napędzanego technologiczną rewolucją informatyczną, jednak wierzę, że potęga ludzkiego intelektu i moralnych zasad wpajanych nam przez stulecia okażą się bardziej sprawne niż najbogatsze nawet instytucje, stawiające sobie bliżej niesprecyzowane cele.

VN:F [1.9.22_1171]
OCEŃ ARTYKUŁ
Wynik: 7.7/10 (wszystkich: 12)
Wszechobecne indoktrynacja. Jak jesteśmy oszukiwani?, 7.7 out of 10 based on 12 ratings

Polub Gazetę Bałtycką na Facebooku:

Autor

Xawery Lopiński

- publicysta, komentator i felietonista.



Moto Replika