Proceduralne absurdy mogą nawet zabić! | Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 24.09.2016

Proceduralne absurdy mogą nawet zabić!

Zmarł CZŁOWIEK. W odległości jakichś 100 m od szpitalnego oddziału ratunkowego. Zmarł mimo, że żona wzywała karetkę, a gdy ta nie nadjeżdżała, prosiła o pomoc pracowników tego szpitala. Karetka nadjechała po ok. trzydziestu minutach. Z innej miejscowości. Spośród pracowników szpitala w tym lekarzy, na pomoc potrzebującemu nie ruszył nikt…

Wysłuchałem bardzo interesującej rozmowy na temat tego „przypadku”. Zdaniem człowieka reprezentującego szeroko rozumianą „służbę zdrowia” najprawdopodobniej (wszystkie szczegóły sprawy zbada dopiero prokuratura) nie popełniono żadnego błędu, a wszyscy pracownicy szpitala „zachowali się zgodnie z obowiązującymi procedurami”. A te zabraniają pracownikom szpitalnego oddziału ratunkowego opuszczania go w sytuacji, gdy są na dyżurze. Dlaczego? Bo w czasie, gdy oni opuszczą oddział, karetka może dowieźć kogoś potrzebującego pomocy, a tej nie miałby kto udzielić. (Odniosłem wrażenie, że prawidłowa odpowiedź powinna brzmieć: bo wpadnie kontrola z NFZ i możemy mieć kłopoty).

Jeśli dobrze rozumiem, człowiek umierający np. na szpitalnych schodach pomocy nie potrzebuje, przynajmniej w myśl obowiązujących procedur. Uściślę: gdyby procedura przewidywała, że „na schodach pomocy udzielić jednak można”, to kolejne pytanie brzmiałoby: a 10 m od tych schodów? W związku z omawianą sprawą ciśnie się na usta kolejne pytanie: czy pomocy w szpitalnych oddziałach ratunkowych udziela się tylko pacjentom dowiezionym karetkami? A co byłoby, gdyby karetka, która jedzie do szpitala „z potrzebującym pomocy zgodnie z procedurami” zdefektowała 200 m od szpitala? Czy pracownicy tegoż szpitala, „zgodnie z procedurami” mieliby czekać na karetkę zastępczą, która zapewne, „również zgodnie z procedurami”, zostanie szybko „zadysponowana” i zapewne niezbyt szybko przyjedzie? Cóż. Na szczęście nie wszystko da się szczegółowo opisać.

Amerykańskie wzorce

Chętnie wzorujemy się na Amerykanach. Przykładem niech będą dżinsy, czapki bejsbolówki, przeciwsłoneczne okulary czy ostatnio – procedury. Rozumiem, że Amerykanie muszą je opracowywać, wdrażać i stosować niemal we wszystkich dziedzinach i elementach życia. W końcu przeciętny mieszkaniec Ameryki nie musi wiedzieć, że kawa może być gorąca i można się nią poparzyć (obowiązkowy napis ostrzegawczy na kubku!), że stojąc przy linii bocznej boiska piłkarskiego można zostać uderzonym piłką (oświadczenie pisemne, że nie będziemy odwracać się tyłem do linii autowej), a wchodząc na drabinę narażamy się na upadek z niej.

O skuteczności działania amerykańskich procedur doskonale świadczy przykład prezydenckiego samochodu, który „zawiesił się” w trakcie przejazdu przez solidną acz wąską bramę amerykańskiej ambasady w Dublinie. Przyznam, że miny agentów ochrony prezydenta Obamy stanowią niezapomniany widok.

Uważam, że przeciętny Polak jest jednak nieco bardziej rozgarnięty (skutki wprowadzenia gimnazjów jeszcze nie zaczęły ujawniać się w „dorosłym społeczeństwie”) i naprawdę niektóre rzeczy można pozostawić czemuś, co nazywa się zdrowym rozsądkiem. Życie jest tak bogate, że mimo coraz szybszych komputerów, coraz większej możliwości kopiowania i rozpowszechniania wszelkich opracowań – nie wszystko, nie każdą sytuację da się przewidzieć i opisać w procedurze.

Na wielu stanowiskach w Polsce wymagane jest wyższe wykształcenie. Wiem, że jego poziom raczej się nie podnosi (patrz ostatnie rankingi wyższych uczelni – polskie gdzieś w piątej setce). Ale mimo to przeciętny człowiek z ukończoną szkołą wyższą m