Po „jajecznym incydencie” z udziałem prezydenta Komorowskiego: „Nic się nie stało” | Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 15.07.2013

Po „jajecznym incydencie” z udziałem prezydenta Komorowskiego: „Nic się nie stało”

Naszych władców chyba nie da się nauczyć niczego. Na początek awarii uległ śmigłowiec z premierem rządu na pokładzie. Pilot z najwyższym trudem, wykazując niezwykły kunszt, uratował życie wszystkim uczestnikom feralnego lotu. Władza stwierdza: „nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”.

Po „jajecznym incydencie” z udziałem prezydenta Komorowskiego: „Nic się nie stało”

Nie mija wiele czasu, a katastrofie ulega wojskowy samolot transportowy. Giną wysokiego szczebla dowódcy Wojsk Lotniczych. Powołano stosowne komisje, wyciągnięto wnioski, dokonano stosownych usprawnień. Ale ogólnie: „nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”.

Nie minęło wiele czasu, gdy doszło do katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Zginęło dziewięćdziesiąt sześć osób, w tym najważniejsze osoby w państwie. Jedno z pierwszych spostrzeżeń wówczas głośno wypowiedzianych było to, że taki skład reprezentantów kraju nie powinien nigdy znaleźć się na pokładzie jednego samolotu w jednym czasie. Ale cóż tam. „Nic się nie stało. Polacy, nic się nie stało”.

Kilka tygodni później cała pozostała przy życiu „wierchuszka” Rzeczpospolitej spokojnie podróżowała w jednym autobusie. Co na krótkim odcinku drogi, ale przecież wiadomo, że „nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”. Przyznaję to, tym razem rzeczywiście, nikomu nic się nie stało. A nawet więcej. Po raz kolejny nie wyciągnięto wniosków z tego, że już kilka razy nic się nie stało.

Wczoraj kolejny raz „nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”. Przecież to, że jakiś młody człowiek uderza ręką, w której trzyma jajko, Prezydenta Rzeczpospolitej, nie jest żadnym znaczącym wydarzeniem. Mógłbym się z tym zgodzić. Gdyby nie to, że gdy nasi władcy pojawiają się lub tylko przejeżdżają przez moje miasto, wyłącza się z ruchu całe ulice (żeby nie powiedzieć dzielnice), blokuje się ruch w połowie miasta, nie dopuszcza przechodniów itd. itp. Wokół „przywódców” kręci się coraz więcej „karczystych, krótko ostrzyżonych”. I tylko tym się oni różnią od im podobnych, że zwykle mają słuchawki w uszach.

Oglądając „ukraiński incydent” odniosłem jednak wrażenie, że umiejętności mają porównywalne. Zdaję sobie sprawę z tego, że trudno jest zapewnić głowie państwa spotykającej się z tłumem. Ale jeśli nie potrafimy tego zrobić za tak duże pieniądze, jakie na ten cel są wydawane, to może warto zastanowić się nad sensem ich dalszego wydawania. Może w zupełności wystarczyłoby dwóch sprawnych fizycznie facetów, którzy zapewniliby bezpieczeństwo np. prezydenta R1; żeby nie mogło dojść do sytuacji, gdy np. jakiś pijaczek zadeklaruje, że chętnie napije się z głową państwa. Koszty takiej ochrony będą nieporównanie mniejsze, a skuteczność chyba nie gorsza od dzisiejszej.

A ponieważ z ewentualnych incydentalnych zdarzeń i tak nie potrafimy wyciągać wniosków, więc może nawet nie trzeba będzie pisać raportów. Przecież i tak, cokolwiek by się nie stało, usłyszymy: „nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”.


Polub Gazetę Bałtycką na Facebooku:

Autor

- publicysta, komentator i felietonista.

Wyświetlono 2 komentarze
Napisano
  1. Imię... pisze:

    znowu sie panowie z bor nie popisali i tyle

  2. Michał pisze:

    Już od dawna „borowiki” zajmują się nie tym czym powinni.Za Wałęsy pilnowali jego rozwydrzonych dzieciaków,Kwaśniewskiemu wyprowadzali psy na spacer a Kaczyńskiemu pilnowali brata „bo podobny”.

Dodaj komentarz

XHTML: Można użyć znaczników html: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>