Michał Piedziewicz - autor książek "Dżoker" i "Domino" | Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 27.06.2016

Michał Piedziewicz – autor książek „Dżoker” i „Domino”

idzie jak burza zmierzająca w kierunku Gdyni od zatoki Puckiej. Ukazała się już druga książka tego wyjątkowego autora. Jako miłośnik Gdyni znam wiele książek poświęconych mojemu kochanemu miastu, jakim jest , jednak żadna z nich nie była tak wciągająca jak i Michała Piedziewicza. odważył się napisać dwie powieści umieszczone w realiach Gdyni. Michał Piedziewicz – gdynianin z urodzenia, absolwent gdyńskiego III LO, ukończył filozofię w Krakowie. Zgodził się na udzielenie dłuższego wywiadu Gazecie Bałtyckiej.

Michał Piedziewicz

Czy pisząc Domino inspirował się Pan Lalką Bolesława Prusa, przyznam się, że czytając Domino widziałem dużo wspólnych cech?

„Lalka” to największa powieść napisana w języku polskim. Nie mam wątpliwości, że nie dorastam do tego typu porównania. Mogę tylko marzyć o napisaniu podobnej powieści. Ale oczywiście chciałbym opowiadać w ten sposób – w tak wciągający sposób, tak intensywnie, sięgając istoty omawianych spraw.

Umie Pan łączyć fikcję z rzeczywistością, czy pisze Pan o rzeczywistych bohaterach?

Zmyślam. Nasłuchuje cudzych opowieści, filtruje je, ale na końcu zmyślam. Nie opowiadam o własnych dziadkach czy babciach, choć czasem o ich losy zahaczam.

Książka Dżoker była o ludziach, którzy układali sobie życie w latach, kiedy wieś Gdynia, której początki sięgają roku 1253, zamienia się w prężne miasto, natomiast Domino to już jest historia ludzi lat 60. Jak powstała ta wyjątkowo intrygująca powieść jaką jest Domino?

Dziękuję za komplementy. Chociaż starałem się, by Domino można było czytać bez znajomości Dżokera, to jednak pisałem je jako kontynuację losów bohaterów pierwszej książki. Oni jeszcze u progu roku 1939 mieli prawo być szczęśliwi. A potem wszystko się w ich życiu zmieniło. Wkroczyła w nie wielka historia, wojna, okupacja, codziennie oglądane, a i często osobiście przeżywane tragedie i dramaty. Na tym się skupiłem: na próbie wyobrażenia sobie tego, co mogli czuć, jak patrzyć na świat z perspektywy tak bogatego w straszne wydarzenia życia. Aż wreszcie zrozumiałem, że jednak, choć nie wprost, mówię o swoich dziadkach i babciach. Stąd dedykacja – całemu ich ciężko doświadczonemu pokoleniu.

Czy czerpał Pan wiedzę od autentycznych mieszkańców Gdyni, którzy pamiętali piekło II Wojny Światowej, a potem wpadli w szpony kolejnego piekła jakim był PRL?

PRL miał oczywiście różne oblicza, nie zawsze był piekłem – choć nigdy nie było mu blisko do raju. Tak, starałem się poznać jak najwięcej relacji, choć były to w większości lektury, a nie rozmowy.

O czym się pisało Panu trudniej, czy o powstawaniu Gdyni i tworzeniu się relacji społecznych w tym mieście, czy też o losach  bohaterów, którzy przeżyli piekło II Wojny Światowej?

Druga część na pewno była trudniejsza, w pierwszej nie tylko bohaterowie, ale i autor zachwyca się Gdynią. Druga mówi o smutnych losach miasta i jego mieszkańców.

Czy Gdynia dla Pana jest ważna? Ukończył Pan III LO?

Jest bardzo ważna. To miasto młodzieńczych wspomnień, arcyważnych meczów, pierwszych miłości, etc. Do szkoły podstawowej chodziłem na Grottgera, czyli na szczyt Wzgórza (mogłem wtedy patrzyć na miasto z góry). A potem właśnie do III LO.

Studiował Pan na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, między innymi u ks. Józefa Tischnera. Jak Pan wspomina zajęcia z profesorem Tischnerem?

O ile dobrze pamiętam wykłady miały charakter miłego i chyba dla obu stron radosnego spotkania. Czekało się na anegdoty, często wybuchał śmiech, a z drugiej strony Tischner zawsze miał coś ważnego do powiedzenia. By to rozwinąć, zrozumieć, trzeba było sięgać po książki, czytać, wykłady były tylko wstępem. W każdym razie obraz jaki znany być mógł z mediów publiczności ogólnopolskiej – uważnego, przyjaznego człowieka – całkowicie potwierdzał się, gdy się księdza profesora spotykało osobiście.

Jako czytelnik Pana obu książek, chciałbym namówić Pana na podjęcie starań, by na podstawie Pana powieści powstał film, czy też serial. Wiem, że bardziej Pan ceni teatr od filmu, jednakże Pana książki w moim odczuciu są jednym z lepszych scenariuszy na ekranizację historii „Miasta z Morza i Marzeń”. Czy uważa Pan, że moje marzenie jest do zrealizowania, mówiąc krótko, czy będzie film Dżoker i Domino?

Cóż mogę powiedzieć… Ja już się postarałem: by te swoje opowieści wymyślić, a potem napisać. Oczywiście, jestem pewien, że taka sceneria, jaką była Gdynia – zwłaszcza w latach 30. ubiegłego wieku – to doskonały punkt wyjścia przede wszystkim dla serialu telewizyjnego. I mniejsza o moje propozycje –  mocny serial o tamtej Gdyni na pewno stałby się hitem.

Jeszcze jedno pytanie, jak Pan z perspektywy lat ocenia rozwój Gdyni, czy dziś też można by napisać powieść o współczesnych ludziach w Gdyni?

Oczywiście, sam się nad tym zastanawiam… W Gdyni tylko bywam – na szczęście dość często – i może dlatego bardzo mi się podoba. Jest przestronna, otwarta na świat, nowoczesna. Mnóstwo się w niej dzieje i fajnych ma mieszkańców. Ponarzekałbym, ale nie potrafię.


Polub Gazetę Bałtycką na Facebooku:

Autor

- dziennikarz śledczy Gazety Bałtyckiej, kierownik redakcji ds. rozwoju. Specjalizuje się w tematyce społeczno-prawnej. Archiwista II stopnia (kursy archiwalne w Archiwum Państwowym w Gdańsku), Członek stały Stowarzyszenia Archiwistów Polskich (prawo do prowadzenia badań historycznych), miłośnik Gdyni, członek Towarzystwa Miłośników Gdyni. Hobby – prawo. Jest członkiem Związku Harcerstwa Polskiego.

Dodaj komentarz

XHTML: Można użyć znaczników html: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>