Samotność... | Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 1.11.2016

Samotność…

Listopad jak co roku powitał nas nagrobnym szaleństwem, ufryzowaną modą cmentarnych alejek, balonikami, kwiatkami i coraz to bardziej fikuśnymi gadżetami cmentarnego show-biznesu.

laweczka na cmentarzu3

Ten wyjątkowy dzień, gdzie wyższe sfery artystycznej śmietanki mogą choć raz otwarcie przyznać się do własnych słabości i żebrać w świetle reflektorów do woli, jest dla mnie czasem zadumy i refleksji o tych, cichych tragicznych bohaterach, nie zauważonych i przemilczanych.

Kupujemy substytuty naszej pamięci po bliskich. Ozdabiamy nagrobki niczym choinki bożonarodzeniowe, reperując choć trochę własne sumienia, by zagłuszyć poczucie winy, że nie zdążyliśmy przeprosić, wybaczyć, że nie byliśmy lepsi dla tych, których już przy nas brak.

Przecież tak po prawdzie, wystarczyłoby ogarnąć ze śmieci marmurowe płyty, postawić mały znicz i pomodlić się do Stwórcy… i już. Jednak hołubce po kwadraturze kwater, te kose spojrzenia – bo ta z lewej ma droższą torebkę, a ta z prawej ciuchy od znanego projektanta mody – już chyba na stałe zalęgły się w coroczny nagrobny karnawał.

Osobiście będąc nieboszczykiem, średnio interesowałoby mnie jak to moja nieszczęsna rodzina, akurat odstroiła się, by wyczyszczać kawał marmuru na moich prochach. Chciałbym bardziej świętego spokoju, a nie udawanych min i wymuszonych mamrotów. Gdy zejdzie mi się z tego padołu, ostatnią rzeczą będzie troska o kolor fryzury i czy buty były dobrze wypastowane, a już najmniejszą wagę będę przywiązywał czy znicze i kwiaty były drogie i ładne. Ja ś.p. Nowicki Tomasz będę przemierzał własne wszechświaty, celebrując każdą chwilę w pobliżu Niematerialnej Ponadczasowej Siły Twórczej, by nasycać się wszechrzeczą, aż do kolejnego powrotu na naszą niebieską planetę.

No ale nie wszyscy są mną, a ja nie wszystkimi więc jak co roku, odrażające kreatury próbujące uważać się za naszych władców, będą się znęcać się nad pomnikami armii naszego sąsiada ze wschodu. Jak co roku dzieciarnia będzie z wosku wykonywać rękodzieła robiąc woskowe odlewy własnych dłoni. Handlarze i przekupki będą czekać na cud, a nieuważni kierowcy spotkają się ze swoimi zmarłymi twarzą w twarz, powiększając tragiczne statystyki.

Gdy tylko opadnie wrzawa i kurz. Gdy towarzystwo rozejdzie się po domach, topiąc swoje żale w morzu alkoholu, gdy młodzi odpłyną wirtualną rzeką do swoich ukochanych światów. Gdy wyschną łzy po ukochanych. Wtedy na cmentarzach na powrót zapanuje pustka. Cisza przerywana od czasu do czasu zawodzeniem trębacza obwieszczającego przybycie nowego lokatora, ćwierkaniem ptaków i samotnymi ludźmi, którzy nie pogodzili się ze stratą najbliższych i nie przerobili żałoby.

To właśnie ci ludzie są najbardziej nieszczęśliwi, najbardziej samotni, a huk pękniętych serc odbija się cichym echem upstrzonych alejkach cmentarnych. To oni toczą największe boje z każdym pustym dniem, każdą godziną bezsennych nocy. Ludzkie skorupy utkane z rozpaczy, żalu i łez. Samotni pośród wszystkiego, nie potrafiący zrozumieć, że trwamy nieskończenie, że istniejemy nie zależnie od formy, a samoświadomość trwa eony. Pogrążeniu w rozpamiętywaniu przeszłości nie umieją spojrzeć na swoją niedole z szerszej perspektywy. Nasze życie na tej ziemi to chwila, to mgnienie oka niekończonego czasu. Tracimy nasze schorowane ciała, nasza materialna powłokę, my natomiast ruszamy dalej, coraz dalej ku niezbadanemu. Ku przyszłości tajemniczej, nie prawdopodobnej, a jednak każdy z nas przeczuwa, że podroż ta jest z Góra zaplanowana, a to króciutkie, bolesne życie to tylko etap na naszej autostradzie ku Ostateczności.

Idę poprzez płonące cmentarze, oglądam coroczny spektakl i chciałbym o tym wszystkim wykrzyczeć samotnym, cierpiącym nieszczęściom, pochylającym się nad marmurowymi wspomnieniami. Chciałbym ich pocieszyć, dodać otuchy, sprawić by na ich zmęczonych twarzach zagościł uśmiech.

Niestety wiem również, że to niemożliwe. Nic nie przekona zatrute lękiem i wyrzutami sumienia dusze, nikt im nie przemówi do rozsądku gdy przed oczyma widzą tylko własne winy i rozpacz. Istnieje dla nich tylko jedno lekarstwo, jeden antybiotyk na samotność. Jest nim nasz kochany, poczciwy Czas. Tylko dzięki niemu po pewnym czasie odzyskają chęci do życia, siłę do walki i spojrzą jeszcze raz w słońce by uśmiechnąć się do swoich myśli i ruszyć w przyszłość, tam gdzie nie ma już płonących listopadowych łez.

VN:F [1.9.22_1171]
OCEŃ ARTYKUŁ
Wynik: 9.0/10 (wszystkich: 9)
Samotność..., 9.0 out of 10 based on 9 ratings

Polub Gazetę Bałtycką na Facebooku:

Autor

Tomasz Nowicki

-

felietonista.

Wyświetlono 1 Komentarz
Napisano
  1. Janusz napisał(a):

    Z poglądami nie powinno się dyskutować.
    Ale to jedno zdanie:
    „No ale nie wszyscy są mną, a ja nie wszystkimi więc jak co roku, odrażające kreatury próbujące uważać się za naszych władców, będą się znęcać się nad pomnikami armii naszego sąsiada ze wschodu.[..]”
    dyskredytuje Pański, skądinąd niezły tekst.
    Musiał Pan wrzucić nienawiść do nie-pańskiej władzy. Taki Pan zapiekły, bo obawia się Pan, że nagle matrix, w którym się Pan dobrze urządził nagle się rozpadnie.

    VA:F [1.9.22_1171]
     Wynik: 0 (oddano 0 głosów)

Dodaj komentarz

XHTML: Można użyć znaczników html: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>