Requiem dla miasta, czyli polski gen samozagłady | Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 20.01.2018

Requiem dla miasta, czyli polski gen samozagłady

Każdemu jako tako obeznanemu z historią naszego Kraju trudno zaiste oprzeć się wrażeniu, że Polacy wyposażeni zostali przez naturę w dodatkowy gen popychający ich ku samozagładzie. Przykładów postępowania przypominającego zbiorowy amok wiodącego do spektakularnych katastrof periodycznie nas dotykających, jest w naszej historii dostatek wielki.

Moździerz „Ziu”, ostrzeliwujący Warszawę

Dla zilustrowania postawionej tezy  pozwolę sobie posłużyć się – krótką z konieczności – analizą największej bodaj tragedii w naszych dziejach jaką było Powstanie Warszawskie, ku czemu skłania także przypadająca 17 stycznia rocznica wyzwolenia Warszawy. Postaram się pokrótce przedstawić jak wyglądały kulisy podjęcia owej samobójczej decyzji o wywołaniu powstania w sercu milionowego miasta oraz w jakich uwarunkowaniach działali ówcześni decydenci.

Obowiązującymi dla polskiego podziemia wytycznymi w zakresie walki z okupantem, była datowana na 27.X.1943 roku Instrukcja Rządu i Naczelnego Wodza zakładająca organizację lokalnych powstań synchronizowanych z posuwaniem się na zachód Armii Czerwonej, określonej mianem „Akcji Burza”. Z owego planu wyłączone zostały duże miasta – walkę o nie przewidywano wyłącznie w wypadku ogłoszenia powstania powszechnego. Decyzja ta podyktowana była chęcią – jak zapisano to w cytowanym dokumencie –„…oszczędzenia bezbronnej ludności i ochrony historycznych budowli”. Rzecz dotyczyła przede wszystkim Warszawy. Z przyczyn politycznych w czerwcu 1944 roku dowództwo AK zdecydowało o włączeniu do „Akcji Burza” dużych miast, pomimo wcześniejszych (jakże zasadnych!) obaw co do konsekwencji podjęcia takiego kroku. Decyzja ta NADAL nie dotyczyła jednak Warszawy, stąd też wycofano stamtąd część najlepiej uzbrojonych oddziałów. Warszawskie oddziały AK koncentrowano poza Warszawą, skąd miały atakować tylne straże niemieckie wycofujące się z miasta. Nie zaopatrywano także Stolicy w broń pochodzącą ze zrzutów, a będące na miejscu uzbrojenie sukcesywnie stamtąd wywożono. I tak 7 lipca 1944 roku z rozkazu gen. T. Bora–Komorowskiego 900 pistoletów maszynowych wraz z amunicją przekazano do okręgów wschodnich – kolejnej wysyłki dokonano w drugiej dekadzie lipca.

Tymczasem „Akcję Burza” zaczęto realizować na terenach wyzwalanych przez Armię Czerwoną leżących na wschód od „Linii Curzona” przyjętej przez „Wielką Trójkę” w Teheranie jako wschodnia granica Polski. W oparciu o te ustalenia Rosjanie rozbrajali ujawniające się oddziały AK odmawiające wcielenia do I Armii Wojska Polskiego – próby oporu kończyły się ich rozbiciem i masowymi zsyłkami opornych. Należy dodać, że owe działania zgodne były z ustaleniami z Teheranu i w pełni akceptowane przez Aliantów Zachodnich, którzy równocześnie naciskali na Rząd Emigracyjny w Londynie, by ten wszelkie planowane działania zbrojne (w tym ) konsultował i uzgadniał z Rosjanami, oraz szukał porozumienia w sprawie utworzenia wspólnego rządu z . Oczywiście realizacja tak postawionych postulatów oznaczała dla Rządu Londyńskiego koniec nadziei na przejęcie władzy w Polsce po zakończeniu wojny, a że tonący brzytwy się chwyta…

W zaistniałej sytuacji Delegat Rządu na Kraj – wspólnie z dowódcą AK, gen. Tadeuszem Borem–Komorowskim zdecydowali o wywołaniu powstania w Warszawie, co miało postawić zachodnich sojuszników wobec faktów dokonanych.

Czym dysponowali pomysłodawcy owej katastrofalnej decyzji dla realizacji swoich planów? Warto w tym miejscu przyjrzeć się zestawieniu zakładanych przez nich celów z będącymi do dyspozycji środkami ich realizacji.

Należy zaznaczyć, że do 25 lipca 1944 roku w Komendzie Głównej AK nie posiadano ŻADNEGO planu ewentualnych działań powstańczych. Sporządził takowy – z konieczności będąc pod presją czasu  „na kolanie” – płk („Monter”).

Oto założenia planu operacji Okręgu Warszawskiego AK pod kryptonimem „Niagara”:

  1. Opanowanie w pierwszej kolejności miejskich arterii komunikacyjnych i mostów na Wiśle umożliwiających połączenie z Pragą oraz odcięcie jednostek warszawskiego garnizonu od rozwiniętych na przedmieściach i w głębi kraju.
  2. Opanowanie dworców kolejowych oraz lotnisk na Mokotowie i Bielanach.
  3. Zdobycie radiostacji w Raszynie oraz central telefonicznych, elektrowni i stacji filtrów.
  4. Zdobycie magazynów uzbrojenia i sprzętu wojskowego.
  5. Zdobycie koszar i umocnionych stanowisk niemieckich oddziałów oraz zniszczenie ich siły żywej.
  6. Zorganizowanie obrony na wschodnich krańcach Pragi i w zachodniej części miasta od Bielan do Siekierek

Ogółem do zdobycia wyznaczono 362 obiekty cywilne i 182 wojskowe.

A czym dysponowano do realizacji tak zdefiniowanych zadań?

Zacznijmy od żołnierzy. Warszawski Okręg AK nominalnie liczył około 50 tysięcy zaprzysiężonych żołnierzy (w tym prawie 5 tysięcy kobiet), ale byli to o ogromnej większości bardzo młodzi ludzie około 20 roku życia mający za sobą wyłącznie przeszkolenie teoretyczne. W oddziałach taktycznych, przygotowanych do walki było jedynie 33,5 tysiąca żołnierzy z tego w lewobrzeżnej części miasta 11,5 tysiąca, 11 tysięcy w powiecie warszawskim i 6 tysięcy na Pradze.

Nie lepiej rzecz się przedstawiała z posiadanym uzbrojeniem. Dysponowano 2410 karabinami, 130 ręcznymi karabinami maszynowymi, 39 ciężkimi karabinami maszynowymi, 608 pistoletami maszynowymi, 2818 pistoletami, 21 karabinami przeciwpancernymi, 4 granatnikami, 6 moździerzami, 2 działkami przeciwpancernymi, 45 tysiącami granatów ręcznych i 12 tysiącami butelek z benzyną. Środki łączności stanowiło 14 radiostacji wraz ze źródłami zasilania. Posiadano ponadto 14 zestawów narzędzi chirurgicznych dla szpitali polowych i 60 tysięcy opatrunków osobistych a w magazynach znajdowało się 90 tysięcy dziennych racji żywnościowych. Do posiadanej broni zgromadzono po 190 naboi do każdego karabinu, po 30 do pistoletów maszynowych, 2300 do ckm i po 500 do rkm. Mogło to od biedy wystarczyć na 2 – 3 dni walki.

Trzeba pamiętać, że w planowanych walkach ulicznych o umocnione gmachy broń krótka była całkowicie nieprzydatna, posiadanego uzbrojenia wystarczało zatem do wyposażenie około 3300 ludzi, czyli pomiędzy 10 a 20 % całego stanu osobowego. Pozostałe 80 – 90% żołnierzy należało traktować jako bezbronną rezerwę. Zresztą nawet i te – więcej niż skromne – środki walki nie znalazły się w godzinie „W” w rękach powstańców, gdyż chaos towarzyszący wydaniu decyzji o podjęciu walki spowodował, że ostatecznie w momencie wybuchu powstania do walki przystąpiło nie więcej niż 3000 słabo uzbrojonych powstańców. Podzielmy tą „armię” na wyznaczone do zdobycia 544 obiekty – wychodzi, że każdy z nich miało szturmować … nieco więcej niż 5 żołnierzy! A jak na tym tle prezentowały się siły potencjalnego przeciwnika?

Już w nocy z 1 na 2 sierpnia 1944 roku dowódca niemieckiego garnizonu gen. por. dysponował 20 tysiącami znakomicie uzbrojonych żołnierzy z tego 16 tysiącami w lewobrzeżnej części miasta. Jak widać już na starcie stosunek biorących udział w walce sił obu stron kształtował się jak 6 : 1 na korzyść Niemców. Oczywiście dysproporcje w uzbrojeniu i zaopatrzeniu obu stron konfliktu w broń, amunicję, żywność i środki sanitarne była jeszcze wielokrotnie większa.

Na co zatem liczono decydując się na podjęcie tej samobójczej – by nie rzec zbrodniczej – decyzji? Może na czynnik zaskoczenia? Nic podobnego. Niemcy już od czerwca 1944 roku spodziewali się powstania a od 29.07.1944 wręcz oczekiwali na jego wybuch. 31 lipca 1944 gdy w KG AK jeszcze nie zapadła formalna decyzja o podjęciu walki, ogłosili stan podwyższonej gotowości bojowej dla wszystkich jednostek warszawskiego garnizonu. Niewątpliwym sygnałem nawet dla mniej spostrzegawczych decydentów w KG AK winno stać się minowanie warszawskich mostów rozpoczęte już 29 lipca a zakończone w godzinach porannych 1 sierpnia. Zresztą nawet – gdyby jakimś cudem – wszystkie opisane  sygnały uszły uwadze dowództwa AK, to zdarzenie mające miejsce około 22 lipca w sposób oczywisty ukazywało bezpodstawność wszelkich nadziei na zaskoczenie okupanta. Oto w lasach koło Józefowa doszło z inicjatywy Niemców do spotkania, w którym ze strony polskiej uczestniczył (według świadectwa niemieckiego uczestnika tych rozmów)… Tadeusz Bór–Komorowski ( ! ), zaś Niemców reprezentował wysoki oficer SS (reprezentujący Gestapo) . Panowie rozmawiali o… ewentualnym zachowaniu przez AK neutralności w zbliżających się walkach z Rosjanami! Czy w tym stanie rzeczy można w ogóle mówić o liczeniu na zaskoczenie przeciwnika pozostawiam ocenie Czytelników.

Może zatem liczono na pomoc ze strony sojuszników zachodnich i szybką ofensywę wojsk radzieckich?

Zacznijmy od sytuacji na froncie pod Warszawą. W bitwie pancernej pod Wołominem i Radzyminem Niemcom udało się zatrzymać pochód radzieckiej 2 Armii Pancernej. Rosjanie mający za sobą 400 kilometrowy nieprzerwany marsz zostali zatrzymani i stracili w zakończonych 5 sierpnia walkach 425 czołgów i dział pancernych co stanowiło 50% jej stanu. Dowodzący Frontem gen. K. Rokossowski meldował Stalinowi możliwość wznowienia natarcia najwcześniej pod koniec sierpnia. Jak widać szanse na szybkie zajęcie Stolicy przez wojska radzieckie prysły jak bańka mydlana.

A jak stały akcje powstania wśród aliantów zachodnich?

Informował o tym gen. T. Bora – Komorowskiego i jego sztab 30 lipca na odprawie w KG AK kurier z Londynu, Jan Nowak–Jeziorański. W części poświęconej sytuacji międzynarodowej poinformował zebranych, że kraj zostanie zajęty przez Armię Czerwoną, a o losie Polski decydować będzie . Wśród sojuszników – meldował – powstanie nie wzbudzi zainteresowania. Prorocze słowa! F. D. przez pierwsze trzy tygodnie sierpnia w ogóle ( !! ) nie poruszał w korespondencji ze Stalinem sprawy Powstania! Fiaskiem kończyły się także wszelkie rozmowy w sprawie pomocy dla walczącego miasta. Indagowani w tej sprawie Brytyjczycy odpowiedzieli, że mogą wysyłać pomoc tylko w ramach planów sabotażowych a nie powstańczych. Z kolei Amerykanie odpowiadali, że Polska leży w strefie brytyjskich wpływów strategicznych i to do nich należy zwracać się o pomoc. Na złożony w czasie wizyty S. Mikołajczyka w Waszyngtonie wniosek o dozbrojenie AK odpowiedziano, że przygotowanie powstania w oparciu jedynie o powietrzne transporty z zachodu jest niemożliwe i należy w tej sprawie zwracać do rządu ZSRR jako jedynego zainteresowanego takimi działaniami na terenie Polski.

Jak widzimy Anglosasi – jak zwykle przy zachowaniu pozorów życzliwości – nie zamierzali dać się wciągnąć w kosztowną i sprzeczną z ich interesami strategicznymi akcję bezpośredniego militarnego współdziałania z powstaniem w Warszawie. Od początku do końca klucze do jego powodzenia leżały w Moskwie, czego uparcie nie chciano przyjąć do wiadomości w „polskim” Londynie.

Podjęte próby pomocy walczącemu miastu w pełni potwierdziły bezsensowność tych działań. Pierwsza brytyjska wyprawa lotnicza z baz włoskich zakończyła się 40% stratami, toteż dalsze loty wstrzymano. Ostatecznie z dokonanych w miesiącu sierpniu 77 zrzutów tylko 46 było udanych. Jeszcze bardziej spektakularną klapą zakończył się rajd 107 amerykańskich samolotów przeprowadzony 18 września nad konającą Warszawę: ze 107 dokonanych zrzutów w ręce powstańców trafiło 15…

Przyjrzyjmy się teraz kulisom podjęcia decyzji, która kosztowała życie 200 tysięcy ludzi i zrównanie z ziemią milionowej metropolii.

Jak już pisałem o podjęciu walki w Warszawie na poważnie zaczęto rozmawiać 25 lipca, kiedy to płk Antoni Chruściel („Monter”) przedstawił opracowany przez siebie w trybie alarmowym plan działań powstańczych nie mający – jak już widzieliśmy – najmniejszego związku z rzeczywistością, który przyjęto jako podstawę do podjęcia 26 lipca na walnej odprawie w KG AK z udziałem Delegata Rządu na Kraj decyzji o rozpoczęciu powstania w najbliższych dniach. Dzień później „Monter” w porozumieniu z gen. T. Borem–Komorowskim ogłosił alarm dla warszawskiego garnizonu AK. Do samobójczego skoku popychano także warszawskich straceńców z Londynu. 28 lipca obradujący (pod nieobecność premiera !) rząd emigracyjny nadał do Warszawy depeszę, w której czytamy: „Na posiedzeniu Rządu RP zgodnie zapadła uchwała upoważniająca Was do ogłoszenia powstania w momencie przez Was wybranym. Jeżeli możecie, powiadomcie nas o tym”. Tak brzmiała sentencja wyroku wydanego przez grupkę politykierów na milionowe miasto i jego mieszkańców…

Tymczasem w Warszawie nadal nie podjęto ostatecznej decyzji. 29 lipca T. Bór–Komorowski odwołał alarm na skutek niejasnej sytuacji militarnej na froncie – dowódca AK uzależniał (jeszcze !) moment wybuchu powstania od przełamania przez Rosjan niemieckich linii obronnych. Jeszcze tego samego dnia w godzinach popołudniowych zmienia swoją decyzję, nakazując gotowość na godzinę 17.00 30 lipca. Kolejny dzień także nie przynosi przełomu, gdyż część dowództwa była przeciwna rozpoczynania akcji zbrojnej przed załamaniem się obrony niemieckiej na Pradze.

Na kolejnej odprawie KG AK odbywającej się 31 lipca rano, pomimo napływających sygnałów o załamaniu się radzieckiego natarcia na Pragę, część uczestników z gen. L. Okulickim na czele, wręcz żądała wydania rozkazu natychmiastowego rozpoczęcia walki. Wobec rozbieżności zdań T. Bór–Komorowski zarządził głosowanie nad pytaniem: „Czy już nastąpił odpowiedni moment do ogłoszenia powstania, czy też sytuacja na froncie jeszcze do tego nie dojrzała?” Tym razem jeszcze zwyciężył rozsądek i większość opowiedziała się za wstrzymaniem decyzji o rozpoczęciu walki do czasu otrzymania nowych wiadomości z frontu. Wczesne popołudnie ostatniego dnia lipca nadal nie zapowiadało podjęcia feralnej decyzji. Na kolejnym odbytym tego dnia posiedzeniu KG AK i Rady Jedności Narodowej z udziałem Delegata Rządu, większość zebranych twierdziła, że nadal brak przesłanek do podejmowania decyzji o wybuchu powstania. Popołudniowa odprawa także początkowo nie przyniosła nowych wieści poza informacją o zaminowaniu przez niemieckich saperów mostów na Wiśle.

Przełom nastąpił po dotarciu na naradę spóźnionego „Montera”, który przyniósł niepotwierdzone informacje o wdarciu się radzieckich oddziałów pancernych pod Pragę i zajęciu przez nie miejscowości Radość, Miłosna, Okuniew, Wołomin i Radzymin. Nikt już nie trudził się potwierdzeniem prawdziwości owych rewelacji. T. Bór–Komorowski opowiedział się za wydaniem rozkazu do walki – o 18.00 wyraził na to także zgodę Delegat Rządu.

Cytując gen. Władysława Andersa: „Decyzja o wybuchu powstania była nie tylko głupotą ale i zbrodnią, a jej autorzy winni stanąć przed Sądem…”

Co  zatem pchało ówczesnych decydentów do podjęcia samobójczej z każdego punktu widzenia decyzji?

Czyżby wśród kierowniczych gremiów zarówno w Warszawie jak i Londynie nie było ludzi rozsądnych, zdających sobie sprawę z konsekwencji podjęcia podobnej decyzji?

Rozpocznijmy od atmosfery w jakiej podejmowano ową decyzję. Zgodnie z obowiązującą od Zamachu Majowego doktryną państwową głównym (by nie rzec jedynym !) wrogiem naszego Państwa był Związek Radziecki. Niemcy Adolfa Hitlera były uważane za możliwego partnera do rozmów, czego żałosnym dowodem stało się przyłączenie do niemieckiego rozbioru Czechosłowacji i zajęcie w 1938 roku Zaolzia. Wydawałoby się jednak, że po wrześniu 1939 roku i natychmiastowym – po zajęciu kraju – rozpoczęciu przez Niemców akcji planowej eksterminacji naszego Narodu, winno przyjść otrzeźwienie.

Nic z tych rzeczy. Doskonałą ilustracją nastrojów panujących w podziemnej elicie władzy może być artykuł wstępny opublikowany w „Biuletynie Informacyjnym” w dniu 26.06.1941 roku: „Westchnieniem ulgi i radości przyjęła Polska wieść o rozpoczęciu działań niemiecko–sowieckich (…) W rozważaniach naszych opieraliśmy się na założeniu, że Rzesza z wojny z Rosją wyjdzie zwycięsko (…) zwycięstwo to będzie zbawienne dla RP”.

Aby pisać podobne słowa w momencie gdy dymiły kominy krematoriów w Oświęcimiu, Stutthofie, Sobiborze, Treblince i Majdanku a każdy rok okupacji przynosił śmierć milionowi naszych Rodaków, trzeba być obłąkanym.

Ci  sami szaleńcy zarzucili gen. Władysławowi Sikorskiemu po podpisaniu przez niego układu ze Związkiem Radzieckim, co pozwoliło uratować setki tysięcy Polaków od niechybnej śmierci, że przywracając stosunki dyplomatyczne, niepotrzebnie ( ! ) zakończył… stan wojny pomiędzy oboma państwami!

W listopadzie 1942 roku, gdy pod Stalingradem ważyły się losy wojny, konspiracyjna organizacja (jedna z wielu) „Konferencja Narodu” wydała… mapę imperium słowiańskiego (naturalnie pod polskim przewodem !) obejmującego tereny od Finlandii po Bałkany i od Szczecina po skolonizowaną Syberią. Podobno jeden z egzemplarzy owej mapy podarował W.Churchillowi Stalin, jako naoczny dowód na obłąkanie Polaków… Powiecie pewnie Państwo, że to wybryk jakiejś szerzej nieznanej „kanapowej” organizacji tyle, że w tym samym czasie „Szare Szeregi” śpiewały (zgodnie ze świadectwem prof. A.Walickiego): „Zdobędę kraj po Odrę, po Bałtyk i po Dniepr, Dunaju fale modre, Ukrainy szumny step…” Jak  widać obłęd obejmował znacznie szersze kręgi…

Swoistą jego kwintesencję stanowi wydana w 1943 roku deklaracja „O co walczą ”, w której czytamy: „Dziejową misją Polski jest stworzenie katolickiego imperium na obszarze między morzami Adriatyckim, Bałtyckim i Czarnym”. Nie dostrzegacie Państwo pewnych analogii z aktualnie definiowanymi celami polskiej polityki zagranicznej?!

Za przysłowiową kropkę nad „i” można uznać obawy dowództwa Powstania po kapitulacji Starówki, co miało miejsce 02.09.1944 roku. Ewakuowano wówczas kanałami do Śródmieścia wyłącznie powstańców, rannych i ludność cywilną pozostawiając na pastwę Niemców, którzy wszystkich bezlitośnie mordowali. I jak Państwo myślą, co wówczas było głównym problemem gen. T. Bora–Komorowskiego i jego otoczenia? Oddajmy głos samym zainteresowanym: „… istnieje niebezpieczeństwo radosnego witania wkraczających wojsk sowieckich…” Nic dodać, nic ująć.

Stosunek do mieszkańców Warszawy, którzy okazali się zakładnikami politycznych ambicji tej grupy znakomicie ilustruje relacja Jana Nowaka–Jeziorańskiego z jego ostatniej misji w konającym mieście: „… Generał robił wrażenie człowieka pełnego animuszu. Był w dobrym nastroju, zbliżający się koniec Powstania najwidoczniej nie zdołał go złamać, a rozmowę zaczął od wypowiedzi: Za kilka dni Warszawa klapnie! Jakby dla zilustrowania tego stwierdzenia klepnął się obu dłońmi po udach. Byłem zszokowany formą, w jakiej gen. L. Okulicki zamknął potworną tragedię miasta i kraju.”

Powszechnie obowiązująca  rusofobia ówczesnych elit poza opisanymi tragicznymi konsekwencjami miewała także wątki zgoła humorystyczne. Oto na początku lipca 1944 roku hrabina Zamojska słusznie mniemając, że wkrótce jej rodowa posiadłość w Kozłówce najpewniej zostanie zajęta przez wkraczające wojska radzieckie, wywiozła stamtąd do rodziny w Warszawie rodzinne klejnoty i bezcenne pamiątki. Jej przewidywania rychło się sprawdziły – pałac w Kozłówce stał się na czas jakiś siedzibą jakiegoś wyższego oficera radzieckiego, który surowo przykazał swoim podwładnym, aby z zajmowanego pałacu nie śmiała zniknąć nawet szpilka. Co nastąpiło. Armia Czerwona po krótkim odpoczynku opuściła Kozłówkę pozostawiając ją w stanie absolutnie nienaruszonym. Co stało się ze skarbami zabezpieczonymi przez zapobiegliwą hrabinę w Warszawie, pozostawiam Państwa domyślności…

Czyżby zatem nie było w ówczesnym kierownictwie Polskiego Państwa Podziemnego ludzi rozsądnych zdających sobie sprawę z istniejących realiów i konsekwencji prowadzonej polityki? Owszem byli, ale byli skutecznie marginalizowani i eliminowani z kręgów decyzyjnych. Na początek podam wypowiedź gen. Władysława Sikorskiego datowaną na marzec 1943 roku: „ … jeżeli Armia Czerwona odeprze Niemców i przejdzie do ofensywy, nie będzie żadnych szans przeciwstawienia się wkraczającym do Polski wojskom rosyjskim. Wtedy odbudowa państwa i wojska będzie możliwa tylko przy rosyjskiej pomocy i dobrej woli oraz nacisku ze strony aliantów. Trzeba się liczyć, że wszystkie odruchy antyrosyjskie, będą niezrozumiałe na Zachodzie, a Rosji mogą posłużyć jako pretekst do okupacji kraju”. Prorocze słowa!

Po śmierci Generała w katastrofie lotniczej w Gibraltarze (04.07.43 r.) i aresztowaniu gen. Stefana Roweckiego (ps.„Grot”) rozpoczęto czystki w dowództwie AK polegające na pozbywaniu się wszystkich, którzy dostrzegali konieczność porozumienia się ze Związkiem Radzieckim i współpracy z wkraczającą Armią Czerwoną.

Usunięto ze stanowiska zastępcę szefa sztabu ds. operacyjnych gen. Tatara zaraz po złożeniu przez niego memorandum w tej sprawie (odwołany do Londynu), a na jego miejsce zrzucono gen. Leopolda Okulickiego (ps. „Niedźwiadek”). Niezwykle trafną diagnozę istniejącej sytuacji przedstawił przełożonym szef wywiadu w sztabie AK, ppłk Marian Drobik (ps. „Dzięcioł”) w raporcie zatytułowanym: „Bieżąca polityka polska a rzeczywistość”. Nie miał on złudzeń, że Anglosasi poprą podstawowe postulaty polityczne i terytorialne Stalina ponad naszymi głowami. Za ogromny błąd uważał nie wznowienie stosunków dyplomatycznych z ZSRR, co pozwalało Rosjanom uznać taki rząd, jaki uznają za stosowne. Oto co pisał: „Rząd nadal będzie na emigracji, z której zapewne już nigdy nie wróci…” Na swoją zgubę postawił także prognozę, że ugoda z ZSRR doprowadziłaby do stabilizacji Polski w Europie i wzrostu jej potencjału gospodarczego między innymi na skutek pozyskania terenów pobitych Niemiec. Wkrótce po tym zostaje usunięty ze stanowiska.

W lipcu 1944 roku ppłk Ludwik Muzyczka („Benedykt”), szef VI Oddziału KG AK składa gen. T. Borowi–Komorowskiemu memoriał tożsamy w swych wnioskach z opracowaniami gen. Tatara i ppłk Drobika – z identycznym skutkiem a protestujący przeciwko pomysłowi wywołania w Warszawie powstania Komendant Obszaru Warszawskiego AK, gen. („Łaszcz”) zostaje odsunięty od dowodzenia Obszarem.

Co było dalej wszyscy wiemy. Dziś, gdy od opisywanych wydarzeń dzieli nas już przeszło 70 lat należałoby się spodziewać, że wszyscy ich bohaterowie zostaną sprawiedliwie ocenieni przez historię, tymczasem nadal gloryfikuje się w przestrzeni publicznej sprawców tej największej bodaj w naszych dziejach tragedii skazując tych, którzy usiłowali jej zapobiec w najlepszym razie na zapomnienie. O „prawomyślność” naszego społeczeństwa troszczy się nieustannie piszący własną wersję historii nie dopuszczającą do świadomości społecznej faktów nie zgadzających się z narzucaną Polakom narracją. Ponownie za polską rację stanu przyjęto maniakalną rusofobię zaś premier polskiego rządu w chwili rozbrajającej szczerości zwierza się Rodakom, że od 40 lat marzy o… zburzeniu Pałacu Kultury i Nauki!

Nie wiem ile jeszcze razy przyjdzie nam nadepnąć na te same grabie, aby w końcu wyciągnąć jakieś wnioski, ale korzystając z właśnie rozpoczynającego się roku życzę Polakom, aby oddając stery nawy państwowej w ręce kolejnej „grupy trzymającej władzę” zważać konsekwencje dokonywanych wyborów. Opamiętajmy się !

VN:F [1.9.22_1171]
OCEŃ ARTYKUŁ
Wynik: 9.0/10 (wszystkich: 6)
Requiem dla miasta, czyli polski gen samozagłady, 9.0 out of 10 based on 6 ratings

Polub Gazetę Bałtycką na Facebooku:

Autor

Piotr Sobolewski

- dziennikarz. Od 1976 roku jego publikacje ukazywały w Dzienniku Bałtyckim, Głosie Wybrzeża, Kurierze Gdyńskim, Gazecie Gdyńskiej. Ostatnio publikował w Dzienniku Trybuna oraz na portalu Głos Gdyni. Jest autorem przeszło pięćdziesięciu autorskich programów telewizyjnych "Weekendowy magazyn szachowy " zrealizowanych w TV Szelsat w latach 1999 - 2000 oraz programów publicystycznych "Krótko i na temat" w TV Gdynia w 2001 roku.

Wyświetlono 1 Komentarz
Napisano
  1. buziu napisał(a):

    Jeśli sam artykuł stanowi rozsądną polemikę z oceną Powstania Warszawskiego, to już konkluzje na końcu są wzięte z Księżyca. Czyli artykuł pisany z tezą, aby dokopać nielubianym politykom. Nierzetelne, nieuczciwe, paskudne.

    VA:F [1.9.22_1171]
     Wynik: -1 (oddano 1 głos)

Dodaj komentarz

XHTML: Można użyć znaczników html: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>