Wielkie oszustwa, wielkie zyski | Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 24.05.2021

Wielkie oszustwa, wielkie zyski

W pewnym momencie swojego rozwoju człowiek odkrywa ze zdumieniem, że na kłamstwie, na oszustwie można zarobić znacznie więcej niż na prawdzie i uczciwości. Przyznam się, że dla wielu ciągle bardzo młodych, właściwie dzieciaków, jest to duży szok poznawczy, bo rodzimy się z prawdą na ustach i długo, długo nie potrafimy kłamać.

Mimo tego, w przeszłości szokującego, dziecięcego odkrycia, kiedy każdy buduje swoją wewnętrzną moralność, długo nie sądziłem, że powstaną potężne gałęzie biznesu, legalne i „moralne”; żaden tam półświatek, które właśnie na oszustwie zbudują swoją potęgę.

Co więcej, obserwuję nawet, że wiele branż, które restrykcyjnie dbając o swoją reputację i markę, nigdy w przeszłości nie uciekały się do oszustwa, dzisiaj w żywe oczy kłamią swoim klientom. Żeby tylko w produkcji, czy handlu tak było… Oszukują (wg hierarchii zakłamania) władze państwowe, banki, towarzystwa ubezpieczeniowe, władze terytorialne, system sprawiedliwości… etc, etc. Chyba łatwiej wymienić, kto nas nigdy nie oszukuje. Takie czasy… Ciekawe czasy…

Kiedy byłem małym chłopcem (świadomy trybut dla Tadeusza Nalepy) to prawie każde lato i słoneczne dni, to było plażowanie. Nic wspanialszego. Czasem nawet mi się śni. Ruszaliśmy miedzy 9-tą i 10-tą. Później już było gorzej, bo wczasowicze ruszali nad Bałtyk po słońce. I tak nad morzem spędzaliśmy czas mniej więcej do 3-ciej.

Żadnych parawanów, czy dmuchanych materaców. Klasyczne miejsce na plaży, w zależności od liczebności ekipy, to rozpostarte koce na podgrzanym już piasku, a my dzieciaki wokół naszego gniazda usypywaliśmy piaszczysty wał. Nikt się od sąsiadów nie izolował kolorowymi szmatkami na patykach. Pozdrawialiśmy się i atmosfera zazwyczaj była miła i przyjazna.

My, dzieciaki, czasami nawet było nas sporo, większość czasu spędzaliśmy na tej ciągle ruchomej linii, gdzie leniwe zazwyczaj, choć czasami gwałtowne fale obmywały ciągle mokry piasek. A to był wspaniały materiał do przeróżnych budowli. Nawet nie było potrzeby jakichś łopatek, czy wiaderek (choć te były mile widziane, bo można nimi było nabierać wodę potrzebną do konstrukcji, gdy piasek wysychał). W piasku z rozkoszą grzebaliśmy dłońmi i zawsze nas to napawało dumą, gdy wyryliśmy dziurę tak głęboką, że na dnie pokazywała się woda. Oczywiście dziury zawsze musiały być, bo ten wilgotny urobek z kopania służył do stawiania przeróżnych twierdz, budynków i innych konstrukcji, które, jak usłyszałem nieco później, dorośli, głównie różni poeci, pisarze, czy filozofowie, nazywali zamkami na piasku, Kopaliśmy też kanały do morza, nawodnione fosy wokół budowli, a nawet spore jeziora, głównie do moczenia nóg.

To radosne taplanie się w piaskowym błotku, pod palącym słońcem, co należy do ulubionych zajęć wszystkich dzieciaków – czyli zajęcia błotne po ulewach, bagna, czy kałuże, miało jeszcze jeden niesamowicie fascynujący i ekscytujący element: – była to słynna i tajemnicza dziewiąta fala.

Choćby na naszym Bałtyku, który jest niemalże niedomkniętym jeziorem i który wcale nie jest słony, była kompletna flauta, co w żeglarskim slangu oznacza – zero wiatru i morze jak lustro, to na plaży centymetrowe fale łagodnie i cicho obmywały brzeg, wchodząc na dwa trzy metry „na ląd”. A nagle, kompletnie niewidocznie przychodziła ta dziewiąta fala i zalewała plażę nawet na dziesięć metrów.

A ponieważ my, budowniczowie musieliśmy korzystać z ciągle mokrej części plaży, więc zazwyczaj byliśmy jakieś pięć metrów od wody. No i ta skubana fala, często po godzinnym wysiłku wszystko nam psuła. Rozmywała kanały, zatapiała zamki i ulice, rozwalała wieże. Czego my nie wymyślaliśmy, by katastrofie zapobiec. Od strony morza stawialiśmy wały, Kopaliśmy z boku głębokie rowy, by wodę skierować w inną stronę. I nic. Diaboliczna fala pokonywała wszystko i jakby złośliwie rozwalała efekty naszej pracy.

Wtedy powoli i po kolei, jak bym obierał skórkę od banana, lub nie – jakbym warstwa po warstwie obierał cebulę, doszedłem do wielkiej prawdy – człowiek i jego działania w stosunku do sił przyrody, dzisiaj, jako człowiek wierzący powiedziałbym w stosunku do praw i mechanizmów Boga Stworzyciela, jest mało istotnym i raczej bezsilnym elementem. I co tu dużo gadać – taka jest . Jednakże kłamać i zmyślać można na różne sposoby.

***

Jeżeli na kłamstwie i bzdurze można dobrze zarobić, to czemu nie? Budujemy więc zamki na piasku, a ponieważ już dziećmi nie jesteśmy, to chcemy przy tym zarobić. Czemu nie? Kiedyś byliśmy poważni, pryncypialni. Mieliśmy to swoje dorosłe . Lecz cóż może zaszkodzić, gdyby dodać do tego trochę dzieciństwa? Przecież to jest najlepszy czas życia każdego.

***

Dziewiąta fala nie niosłaby żadnego przekazu, gdyby nie była inna od pozostałych i gdyby nie była destrukcyjna. I jeszcze jedno – udowodniała, że próżne nasze wysiłki, by się jej przeciwstawiać.

Taka właśnie anomalia wśród stałej i niezmiennej cykliczności zdarzeń, właśnie nas zalewa. Ale my już jesteśmy mądrzy i dojrzali, a na dodatek rządzi nami pragnienie zysku, więc dalej do roboty.

Przeszukując wyłącznie naukowe, bo przecież nauka to zawsze dążenie do prawdy i istoty rzeczy, ta najważniejsza opinia, na której wszyscy się opierają, rządy podejmują działania, a ludność martwi się i płaci, opinia będąca więc powszechną, oznajmia, że za zmianami klimatu, w 100% odpowiedzialne są działania człowieka. Więc te tysiące naukowców różnych dziedzin, zwabionych najmilszym zapachem – zapachem pieniędzy, dokonuje przeróżnych majstersztyków i umysłowych kombinacji, by nikt nie miał żadnych wątpliwości. Więc pieniądze płyną, a najmądrzejsi z ludzi kłamią. Na nasze szczęście, nie wszyscy. Choć klamka już zapadła.

Najważniejszym i bezdyskusyjnym argumentem poprawnej nauki (nauka poprawna to taki odpowiednik na przykład ekonomii socjalistycznej, czy prawdy obiektywnej) jest fakt, że w epoce przedindustrialnej poziom dwutlenku węgla w atmosferze był niższy, a gdy nagle gwałtownie zaczęły powstawać te przeróżne maszyny, więc i fabryki, nagle najważniejsze stały się paliwa, które w procesie spalania napędzały te wszystkie maszyny, produkując parę wodną, czy elektryczność, a ubocznym efektem były spaliny, które zaburzyły odwieczną strukturę atmosfery.

Człowiek polepszając sobie życie jednocześnie niszczył świat. Takie działanie jest destrukcyjne i dalsza kontynuacja takiego schematu prowadzi do zagłady. Trzeba więc jak najszybciej zrezygnować z paliw kopalnych, zapomnieć o ropie naftowej i węglu, a nieco później również o gazie ziemnym. I wymyślić coś kompletnie nowego, co już nie spowoduje fatalnego wzrostu CO2 w atmosferze, a temperatura średnia nie przekroczy wzrostu o 1,4 stopnia, co doprowadzi do tragedii i ogólnoświatowej katastrofy.

My ludzie, zburzymy nasze stare zabawki i zbudujemy sobie nowe. Postawimy kolejne zamki na piasku. A ile przy tym można zarobić…

Zawsze jednak są krnąbrni naukowcy, którzy korzystając ze swoich obserwacji i doświadczeń, twierdzą, że to co w temacie ocieplenia klimatu przedstawia poprawna nauka, to wierutna bzdura. Na przykład wielu, głownie indyjscy naukowcy twierdzą, że to nie industrializacja powoduje takie atmosferyczne efekty tylko agrokultura. Czyli proces naszego wpływu na środowisko zaczął się znacznie wcześniej, długo przed industrializacją, gdy zaczęliśmy intensywne uprawy i hodowle zwierząt. To właśnie zwiększa ilość gazów cieplarnianych, a na dodatek zwierzęta roślinożerne wydalają olbrzymie ilości metanu, gazu, który ma stukrotnie silniejszy na ocieplanie niż CO2. Zgrabna teoria i wcale nie fałszywa. Lecz nie jest zbyt popularna, bo roztacza raczej brzydkie zapachy, a nie ten najwspanialszy – zapach pieniądza. A jak zarobić dużo nie można, to po co sobie tym głowę zawracać.

A naukowcy skupieni wokół , czyli związani z kosmosem, a nie z tym, co się dzieje na powierzchni planety, to już kompletnie odjechali, bo nawet produkują zysk ujemny, twierdząc, że te zjawiska klimatyczne, które nas dzisiaj tak frasują, to całkowicie normalne cykliczności, głównie związane ze zmianami aktywności naszego słońca. Choć tych zdroworozsądkowych wątpliwości trzeba sobie poszukać, bo nawet w NASA, które się cieszy dużym szacunkiem, oficjalna wersja powodów zmian klimatycznych, w kajdanach politycznej poprawności mówi, że wpływ ludzkich działań, jest o niebo większy od wpływu słońca, bez którego przecież nie ma życia. Fakt, do nas na ziemię dociera zaledwie około 4% energii słonecznej. Ale jest to dokładnie tyle, ile nam potrzeba.

Aczkolwiek nasze słońce jest ciałem niesłychanie dynamicznym w nieustannym procesie reakcji termonuklearnych, mimo tego jest w dużym stopniu całkiem stabilnym. Oczywiście to zależy, jaką skalę czasową zastosujemy. Gdy zaczniemy analizować w skali milionów lat, to już tak spokojnie nie będzie.

Tak, czy inaczej, najbardziej znany jest 11 letni cykl aktywności słonecznej. Daje się to łatwo obserwować, patrząc na ilość plam słonecznych. Natomiast istnieje bardziej dramatyczny cykl, tym razem kilkusetletni, zwany „Grand Minimum”.

Ta zmienna aktywność słońca, zazwyczaj z obniżoną emisją energii – zanika słoneczny magnetyzm, mniej i nieregularnie występują plamy słoneczne, zmniejsza się promieniowanie UV, powoduje, co pewien czas, nawet kilkusetletnie okresy nazywane „Małą epoką lodowcową”. Takie ostatnie ochłodzenie miało miejsce gdzieś od XIII do połowy XIX wieku. A zdecydowane oziębienie, zwane Maunder Minimum w latach 1645 – 1715. W Polsce to był okres królowania Sasów, a jak podawali ówcześni kronikarze, to wówczas podobno można było saniami z konnym zaprzęgiem, po zamarzniętym Bałtyku , przejechać z Rzeczpospolitej do Szwecji.

Czy to nie jest kosmiczny odpowiednik takiej 9-tej fali? Czy istnieje taka ludzka próżność, by sądzić, że takim prawom natury jesteśmy zdolni się przeciwstawić?

Są też jeszcze inne naturalne powody zmian klimatycznych, jeżeli spojrzymy na świat bez fałszów politycznej poprawności, chciwości biznesu i będących na ich smyczy, manipulujących mediów i sprzedajnych naukowców.

To, co przecież od dawna jest wiadomo i sam pamiętam, jak prasa i tv tym straszyły, zmiany trajektorii wielkich prądów morskich – w szczególności pacyficznego El Niño , lecz również atlantyckiego Gulf Stream’u, zwanego u nas Prądem Zatokowym, albo Golfsztromem spowodują potężne zmiany klimatyczne na świecie.

A to i tak jest delikatne, jak łaskotanie za uchem. Gdy w roku 1883 na maluteńkiej, indonezyjskiej wysepce Anak, w Cieśninie Sundajskiej, między dwoma olbrzymami, Jawą i Sumatrą wybuchł wulkan Krakatau, czego grzmot było słychać nawet z odległości 5000 kilometrów, a pył i gazy, wyrzucane do atmosfery na wysokość wielu dziesiątków kilometrów przez tydzień spowiły całą ziemską atmosferę tak, że Słońce wyglądało jak mały Księżyc.

Zaznaczę tylko, że zginęło ponad 36 tysięcy ludzi, fala tsunami przekroczyła wysokość 30 metrów, a jak później zbadano, przebywanie w odległości mniejszej niż 40 kilometrów powodowało śmierć przez sam długotrwały huk wybuchu.

A klimat jak ucierpiał? Podane w 2006 roku przez wiarygodny magazyn Nature dane mówią, że ten wybuch wulkanu spowodował spadek globalnej temperatury o 1,2 stopnia Celsjusza; o tyleż samo spadek temperatury wód powierzchniowych oceanów; oraz to, że efekt tej tygodniowej erupcji trwał przez całe stulecie. Co również poprzez dedukcję oznacza, że ochłodzenie to zakończyło się w roku 1983 – niecałe 40 lat temu i dopiero od tego momentu klimat przestał zależeć od pojedynczego wybuchu. Co niewątpliwie ma wpływ na to, co dzisiaj z pogodą się dzieje, a co pozwala wywoływać ogólnoświatową panikę, oraz zarabiać miliardy na inscenizacji sztuki teatralnej „Ocieplenie klimatu przez człowieka”.

Muszę tutaj przedstawić jedną dosyć paskudną informację: naukowcy, geolodzy i sejsmolodzy, w oparciu o wieloletnie obserwacje i modele matematyczne twierdzą i są zdecydowanie przekonani, że w najbliższych latach czeka ludzkość podobna potężna i destrukcyjna erupcja. A wtedy te wszystkie wiatraki świata i ogniwa fotowoltaiczne wytworzą tyle energii, że będziemy trząść się z zimna i przyświecać sobie świecami.

Jednakże uczciwie przyznać trzeba, że człowiek również dołożył swoją działkę do zwiększenia cieplarnianego CO2 w atmosferze. Lecz nie poprzez przemysł, który się teraz zwalcza, tylko przez wieloletnie wycinanie lasów, w tym zintensyfikowane ostatnio wycinanie lasów deszczowych. Olbrzymie połacie tych nieprzebytych dżungli są wycinane tylko po to, by zsadzić tam jakąś kukurydzę, czy marchewkę, albo palmy kokosowe, palmy oleiste, lub nieduże drzewka owoców mango. Wszystko dla szybkiego biznesu.

Dodam tylko, że lasy, właściwie cała zielona przyroda non-stop, dzień po dniu, za darmo i ze szczerą chęcią, bo to przecież pokarm flory, absorbuje od 25 do 30% CO2 z atmosfery. A drugie tyle pochłaniają morza i oceany, a głównie plankton, który unosi się blisko powierzchni. Oznacza to, że przyroda sama ma sposoby by sobie radzić z takimi problemami natury, bez względu na mądrość, czy głupotę człowieka.

Znany powszechnie jest fakt, że przeciętny człowiek, psychicznie mało odporny, gdy nagle, szczęśliwym trafem zacznie się ogromnie bogacić, by w końcu osiągnąć taki pułap, że może kupić wszystko i zrobić co chce, po prostu głupieje i wariuje.

Tradycyjne majątki najbogatszych ludzi świata były kiedyś budowane w znoju przez całą rodzinę – długimi wiekami i przez wiele pokoleń przodków. To pozwalało na właściwą adaptację do rosnącego statusu i możliwości.

Lecz ci nuworysze, co wystrzelili w ciągu 20 – 10 lat na pierwsze miejsca list najbogatszych ludzi świata i którzy nawet nigdy swego bogactwa nie widzieli, bo nie ma takich skarbców, czy sejfów zdolnych pomieścić choćby dziesiątą część gwałtownie zdobytego majątku, praktycznie oszaleli. Ci, najbardziej psychologicznie predysponowani do poddania się manii wielkości, uwierzyli, jak kiedyś tyranie i władcy starożytnych cywilizacji, w swoją boskość. Więc jako tacy, są w stanie panować nad światem, nad ludzkością i zmieniać zgodnie ze swoim widzimisię.

***

Na brzegu oceanu, gdzie odpływ pozostawił szeroki pas wilgotnego piasku, kucają na cienkich, wydepilowanych nóżkach, lub siedzą, mocząc swoje kąpielówki, łyse lub siwe bobasy. Budują, zamki z piasku. Ładują wilgotne błoto, wykopane złotymi łopatkami do wysadzanych diamentami platynowych wiaderek. Budują zamki z piasku. Nie zważają, że wkrótce odwieczny przypływ, kierowany kosmicznymi prawami bliskości Księżyca i Słońca, wkrótce ich dzieło zniszczy.

A jak się znudzą, to pójdą sobie porzucać piłeczką, na której są kontynenty, wyspy, morza i oceany, rzeki, góry, lasy i pustynie… i mnóstwo krzątających się, niewidocznych gołym okiem mikrobów.

Ps. To tylko fragment dłuższego eseju o tym, jak współcześni władcy świata, w oparciu o kłamstwo, chciwość i swoje wirtualne, ogromne majątki, chcą nam wszystkim zmienić życie. Niestety na gorsze.


Polub Gazetę Bałtycką na Facebooku:

Autor

- publicysta. Z zawodu inżynier elektronik pracujący od 30 lat za granicą na morzu. Konserwatysta.

Wyświetlono 1 Komentarz
Napisano
  1. Marek pisze:

    Mam wrażenie, że na kłamstwie oraz walce o własne interesy opiera się cały współczesny świat. I to nie jest dobry prognostyk na przyszłość.

Dodaj komentarz

XHTML: Można użyć znaczników html: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>



Moto Replika