Gdańsk Big Beat Day '2019 | Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 14.02.2019

Gdańsk Big Beat Day ‚2019

GDAŃSK BIG BEAT DAY”2019,czyli o kociej muzyce i o kocie, a dokładniej – o Rudym Kocie… Zaproszenie do nieistniejącego klubu.

Nie jest to tekst wyłącznie dla wielbicieli kotów, a raczej – nie tylko dla nich. Generalnie to tekst dla wszystkich, choć ze szczególną dedykacją dla Gdańszczan. Będzie tu o zabawie, o rozrywce i o muzyce niepoważnej, tyle, że miejscami poważniej nieco. Ale tylko nieco.

Wspomniana w tytule „kocia “, to po prostu nowa rozrywkowa, która pojawia się w Polsce na przełomie lat 50tych i 60tych, i nazwy tej używano wtedy powszechnie. Nim stała się ona „nową“, a nawet więcej jeszcze – nim zyskała nobilitację na „nowoczesną”, z muzyki kociej musiała najpierw przekształcić się w „muzykę młodzieżową“ – to był pierwszy krok w kierunku akceptacji zjawiska pt. Rock’n’Roll. Jego popularność wśród młodych ludzi, gdziekolwiek się pojawił, natychmiast – nie tyle szybko rosła, co eksplodowała. Działo się tak prawie równocześnie i na świecie, i w naszym mieście, a choć dziś trudno w to uwierzyć, świat i nasze miasto, były to kiedyś dwie diametralnie różne rzeczywistości. Na świece wszystko zaczęło się gdzieś w I połowie lat 50’tych ubiegłego wieku. W Gdańsku, zaczęło się dokładnie wieczorem, we wtorek

24 marca 1959 roku, w klubie , przy ul. Garncarskiej 18/20. To tam zagrano pierwszy „nieuczesany“ koncert „kociej muzyki“. To tam tę muzykę grano dalej, z niegasnącym powodzeniem, a przez chwilę było to jedyne takie miejsce i w kraju, i w całym bloku wschodnim.

Ale, ale – dlaczego rock’n’roll na poczatku był u nas kocią muzyką? Cóż, na owe czasy styl ten był za głośny, zbyt żywiołowy, bezceremonialnie bezczelny, no i nieakceptowalnie, a wręcz oburzająco, a nawet bezwstydnie – emocjonalnie otwarty. Ta muzyka łączyła ludzi szczerze i po prostu. Zbyt po prostu. Do tego łączyła młodych ludzi. I nie były to porywające pieśni przodowników idei sowiecko komunistycznych, a zatem wszystkiego można się tu było spodziewać… Wszystkiego niekontrolowanego, czyli niegrzecznego.

Dlatego autorytety moralne związane z komunistyczną, światłą władzą, zwykle dziennikarze, szczególnie ci dopiero pukający do bram ówczesnych elit władzy, ( a władza chciała dokładnie wiedzieć czego, kiedy i po kim się spodziewać), otóż dziennikarze ci gorliwie i usłużnie wyśmiewali tę nową muzykę nazywając ją właśnie „kocią muzyką“. Paradoksalnie im młodsi byli robiący kariery w peerelowskiej kulturze, tym skwapliwiej, tym ortodoksyjnej, dbali o zachowanie ówczesnych kanonów „politycznej poprawności“. Takim młodym gniewnym ortodoksem był np. zapowiadający się obiecująco, zdolny i elastyczny partyjny człowiek pióra – Daniel Passent (tak, tak, dziś to niewiarygodne, ale i on też był kiedyś młody). On i jemu podobni nie szczędzili wówczas cierpkich uwag nowemu zjawisku. Cierpkich, najdelikatniej rzecz ujmując…

BLIZNA PAMIĘCI…
Wróćmy jednak do owego wtorkowego, marcowego wieczoru prawie 60 lat temu, gdy naprędce przez redaktora Franciszka Walickiego skrzyknięta formacja o nazwie Rhythm’n’Blues zagrała wiązankę ówczesnych aktualnych i modnych, światowych hitów, w istniejącym już od kilkunastu miesięcy, młodzieżowym klubie Rudy Kot. Była to wtedy już dość popularna i znana, jak powiedzielibyśmy dziś – „gdańska miejscówka imprezowa“. Obiekt ten stoi sobie do dziś, nawet wciąż w tym samym miejscu. Precyzyjniej mówiąc – obiekt ten straszy i dziś w tym samym miejscu, które przed sześćdziesięciu laty może i było najbardziej rozpoznawalnym przez młodych ludzi budynkiem nad polskim Bałtykiem…
Dziś straszy swym żałosnym stanem tak sam obiekt, jak i nawet skromne upamiętnienia lat chlubnej przeszłości klubu – powieszona nad dawnym wejściem z okazji rocznicy pięćdziesięciolecie istnienia klubu, replika gitary elektrycznej, jeszcze nie tak dawno miała cały gryf…

Dziś to dumna i okazała ruina w sercu miasta, rudera która kiedyś, słynnym, młodzieżowym i kulturalnym, jak powiedzielibyśmy teraz – kultowym klubem była. A teraz i od prawie dwudziestu lat jest zapomnianą blizną naszej pamięci. Zarosła sobie cicho i nie boli. Nieopodal pomnika króla Jana III Sobieskiego mamy więc inny, specyficzny pomnik szacunku nas Gdańszczan, do nas samych i do naszej niezbyt odległej historii.

A przecież złote czasy tego zapomnianego lokalu jeszcze i dziś pamięta wielu mieszkańców nie tylko Gdańska, ale całego Trójmiasta, czy Polski nawet. I są to dobre wspomnienia. Wtedy bywalcy tego miejsca mieli już prawie, albo już właśnie, albo niewiele więcej niż dwadzieścia lat. Kto kiedykolwiek miał dwadzieścia lat, wie, że w tym wieku jest się nieśmiertelnym. Sympatycznie symptomatyczna liczba 20 – czas zatem na pierwszy przerywnik muzyczny, który przypomni, że „Dwudziestolatki, dwudziestolatki – to ja i ty, zapytaj ojca, zapytaj matki – jakie się wtedy ma sny …“

WŁAŚCIWE ZARZĄDZANIE MARKĄ…
Dlaczego dawny klub Rudy Kot nie jest już ważnym punktem na kulturalno turystycznej mapie naszego miasta?

Ba, nawet i całego Trójmiasta? I jako miejsce dla ówczesnych, ale i dzisiejszych dwudziestolatków – tak tych plus jak i tych trochę minus. Dlaczego to miejsce nie przynosi dziś nam wszystkim wymiernych dochodów i marketingowych pożytków, nie dodaje splendoru, nie pomnaża prestiżu aglomeracji, nie dostarcza kolejnych imprez ku zadowoleniu miejscowych i przyjezdnych?

Dlaczego dziś klub Rudy Kot nie działa prężnie na miarę obecnych możliwości, daleko przecież lepszych teraz, niż w czasach „peerelowskich“ ograniczeń? Wszak odwołując się do swej chlubnej, kulturalno rozrywkowej przeszłości, to teraz klub mógłby działać z dużym powodzeniem! Teraz właśnie, gdy perspektywy rozwoju takiej działalności są bardziej niż obiecujące. Więcej nawet – są takie jak perspektywy całej branży turystycznej w Gdańsku na najbliższe lata.

Czy to się nazywa może – właściwe zarządzanie marką? Dlaczego zatem, my wszyscy tutaj – my mieszkańcy, nie odcinamy kuponów od inwestycji? Tak choćby jak w niezbyt odległym od nas mieście Liverpool, gdzie działał i działa do dziś słynna, beatelsowska piwnica Mersey Beatu, klub Cavern ?

Najpierw może odpowiedzmy sobie czy my sami mamy świadomość, że ten nasz gdański koncert sprzed 60 lat był tak szczególny i tak ważny dla nas w Polsce, a w Gdańsku zwłaszcza. Wiemy już że był to pierwszy koncert rock’n’rollowy za „żelazną kurtyną“, w tzw. bloku sowieckim. Dziś wiemy, że koncert ten zamieszał „po całości“, zamieszał tak, że kilka miesięcy później uwolnił społeczno socjologiczno kulturalną lawinę !

I to wszystko zaczęło się właśnie w naszym mieście, w Gdańsku. I tylko tyle? Tak, a raczej – aż tyle. No i jeszcze chodzi o ludzi, którzy byli sprawcami i winowajcami tego wydarzenia. A byli to nie tylko muzycy, animatorzy, czy dziennikarze. Też była to ówczesna gdańska młodzież, ci wszyscy którzy na ów koncert przyszli. Nie wiem, czy aby to nie oni są tu akurat najważniejsi?

Ci bezimienni dziś entuzjaści, którzy już wtedy wiedzieli co jest grane. Wiedzieli, co to za nowa muzyka i co to za nowa moda ten cały rock’n’roll. Wiedzieli, że nowe zjawisko kilkaset kilometrów dalej na zachód, triumfalnie podbija serca i wprawia w ekstazę ciała młodych ludzi z równoległego, wolnego świata. Dodajmy – świata równoległego do rzeczywistości wschodniego bloku za ową „żelazną kurtyną“.

Wówczas młodzież po obu stronach tej granicy światów, oczywiście wiedziała o sobie coś niecoś. Tyle, że jedni żyli w owym wolnym świecie, a drudzy też żyli, a ściślej mówiąc – porównując realia – raczej egzystowali ze świadomością, że ten inny, wolny świat jest. I nawet po cichu można było o nim mówić, a już na pewno – swobodnie można było o nim marzyć. Komunizm, czy tzw. „realny socjalizm” też w końcu dawał jakiś zakres swobody.

Ale, ale – gdyby wówczas młodzi Gdańszczanie nie wiedzieli tego wszystkiego o życiu w wolnym świecie, gdyby nie mieli marzeń z tym związanych – pewnie wtedy by nie było narodzin rock’n’rollowego szaleństwa, akurat tu, w naszym mieście. Nawet jeśli taki koncert tu by się odbył – bez tej wiedzy i bez tych marzeń młodych trójmiejskich entuzjastów rock’n’rolla, przeszedłby sobie pewnie bez echa i bez reakcji.

KONCERT ZAWSZE POWINIEN MIEĆ ODBIORCÓW i BYĆ DLA ODBIORCÓW
Ten koncert taki właśnie był. W Gdańsku byli odbiorcy, dodajmy – odpowiedni odbiorcy. To była przygotowana publiczność, która dokładnie wiedziała czego się spodziewać i co będzie grane.

Jeszcze raz to podkreślmy – wszystko to stało się wtedy i tutaj, w Gdańsku, w portowym mieście, bo tu przygotowany był grunt na „nowe“ – na nową muzykę i zwariowaną modę, na nowe zachowania, a wkrótce – na nowy styl bycia. Czy wtedy ktoś miał świadomość, że oto dzieje się tu coś przełomowego?

Że oto mamy punkt zwrotny, po którym nic już nie będzie takie samo? Założę się że nie. Założę się chętnie np. o piwo w barze wskrzeszonego na nowo do życia klubu Rudy Kot, w okrągłą, 60-tą rocznicę pierwszego koncertu „kociej“ muzyki w Polsce.

Ale skąd w Gdańsku się wzięli entuzjaści nowej, światowej, hałaśliwej muzyki i mody pt. rock’n’roll, skoro świat był podzielony „żelazną kurtyną“, a internet był dopiero „w głowach“ autorów powieści sience fiction?

Cóż, oba te światy jednak się kontaktowały. Tu przypływali marynarze. Przywozili prócz innych, nieosiągalnych w peerelowskich sklepach artykułów – czarne, winylowe krążki, płyty z muzyką zachodniego, wolnego świata. Płyty z muzyką, która wówczas była świeża, modna, aktualna i popularna. To dlatego ci młodzi ludzie z Gdańska, też z Sopotu i z Gdyni – już za chwilę, z tworzącej się jednej trójmiejskiej aglomeracji, byli na bieżąco z muzyczno socjologiczną rzeczywistością wszystkiego co nowe i najnowsze na świecie. Równolegle, obok słuchania płyt, nasłuchiwano nowości zachodnich stacji radiowych, ale właśnie posiadanie płyt, tę nową muzykę pozwoliło solidnie tu „zakorzenić“. Już wcześniej tą samą drogą zresztą, także przez porty w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie, trafił do Polski starszy i dojrzalszy brat rock’n’rolla – jazz. To jednak temat na inną okazję…

WOLNOŚCI MOJA, MAŁA i ZWYKŁA…
Po co tak uparcie przypominać, powtarzać w kółko, że warto pamiętać, że właśnie tu, w klubie Rudy Kot w Gdańsku, wiosną roku 1959, po raz pierwszy powiało wolnością normalną i zwykłą? Bez odwoływania się do patosu i wzniosłych ideologii?

Że to tu, ot tak, po prostu, po ludzku – młodzi ludzie chcieli się śmiać i bawić tak samo jak ich rówieśnicy w rzeczywistości równoległej, w owym „wolnym świecie“, do którego nie można było wyjeżdżać z przyczyn dziś niezrozumiałych dla większości osób urodzonych po 1989 roku…

Co w tym było takiego istotnego i dziwnego zarazem? Po co podkreślać do znudzenia, że owa „kocia muzyka“ miała i dalej ma ważne znaczenie dla Gdańska i dla Gdańszczan? Co z tego, że młodzi ludzie tutaj chcieli imprezować przy takiej samej muzyce, przy której bawili się ich rówieśnicy w Nowym Jorku, Londynie, Amsterdamie czy Hamburgu? Dziś też to robią i nikt z tego tytułu nie czyni zamieszania – co z tego, że do świata udającego wolny, w ogóle docierała muzyka ze świata wolnego realnie?

Wszystkie te ww., denerwujące powtórzenia, pytania, zapętlenia treści użyte są tu z premedytacją i celowo. One mają Cię drogi czytelniku denerwować i irytować, a wreszcie skłonić by dotrzeć do puenty.

Bardzo zależy mi, byś przeczytał ten tekst do końca. Powodów więc owego namolnego zapętlania treści jest kilka. Zaczynam od najważniejszego.

Oto za kilka miesięcy przypadnie kolejna rocznica, tym razem okrągła, sześćdziesiąta, wielokrotnie tu przywoływanego koncertu z 24 marca 1959 roku w klubie Rudy Kot. Lubimy okrągłe rocznice – czyż nie?

Dlatego jeśli działać nie teraz, no to kiedy? Proponuję. zachęcam i nakłaniam, zacznijmy o tym mówić, przypominać i nie tylko, ale zacznijmy teraz. Choćby tylko po to by nie była to kolejny raz rocznica o której nikt nie pamięta. By dalej nie było, że pamiętał nie będzie, jak nie pamiętał nigdy dotąd nikt, albo prawie nikt.

Tym razem warto wykreować coś więcej, niż tylko spacer po turystycznych pomnikach czasów nie tak znowu odległych, by nie powiedzieć – najłatwiejszych do zapomnienia… Jak ów spacer, który odbył się bez mała rok temu, zatytułowany „Gdańsk Big Beat Day’2018“.

Serdecznie pozdrawiam w tym miejscu ciekawą rzeczywistości czasów minionych, grupę prawie 30 osób – uczestników marcowego spaceru ścieżkami trójmiejskiej muzyki nieuczesanej i niepokornej do jej źródeł.

Publiée par Obrazowo sur Dimanche 25 mars 2018

Mniejsza tu i teraz o ten cały Rock’n’Roll, Big Beat czy Bigbit, albo inne Mocne Uderzenie – było, minęło i nie ma. A tak w ogóle – mało kto przecież tego dziś jeszcze słucha…
Czy jest tak, czy zupełnie inaczej, nasza rodzima, rock’n’rollowa „kocia muzyka“ była źródłem i początkiem wszystkiego co zdarzyło się jeszcze w tym segmencie rozrywki, tym co było dalej, w następstwie zwykłego, niepozornego koncertu w szarobury marcowy wieczór.

TO ZDARZYŁO SIĘ w NASZYM MIEŚCIE…
Owa muzyka – kocia, młodzieżowa, rockowa, niezależna, alternatywna i jak ją jeszcze kiedyś nazwiemy, skutkuje dzisiejszą, naszą, obecną muzyką rozrywkową, z całym jej dzisiejszym, a także i przyszłym bogactwem barw, nastrojów i odcieni. A jest to muzyka z pieczęcią Niemena, SBB, Adama Nowaka i grupy Raz, Dwa, Trzy… Leszka Janerki, Tomka Organka, Fisza i Emade, Podsiadły i Lao Che też…No więc, nie wdając się w zbędne dyskusje po co nam polska muzyka rozrywkowa skoro jest przecież inna, lepsza i taka ładna, amerykańska… Po prostu zauważmy i doceńmy, że to wszystko co w tym temacie „u nas i nasze”, aż do teraz – zaczęło się właśnie w Gdańsku.

To zdarzyło się w Waszym mieście. To zdarzyło się w moim mieście. Ta nieuczesana, niepokorna muzyka trafiłaby pewnie kiedyś i gdzieś, do Polski. I też zaczęłaby się pewnie panoszyć po całym kraju jak wszędzie indziej, ale… Ale nas tu interesować powinno, że po raz pierwszy za „żelazną kurtyną“ – nie gdzieś, a do Gdańska, nie kiedyś, a 24 marca 1959 roku. A dopiero po tej dacie, z Gdańska „mleko się rozlało“ na całą Polskę, Czechosłowację, Węgry, Bułgarię, Jugosławię, NRD i nawet sam dostojny i „sieriozny“ .

Oto sedno sprawy – przez Gdańsk, w Gdańsku i z Gdańska, a dopiero potem dalej i dalej, w szaroburą przestrzeń rzeczywistości socjalistycznego bloku, dodając tej rzeczywistości kolorów, barw i odcieni. Takie i kolejne koncerty, jak ów z 24 marca 1959 roku, zmieniały na czas ich trwania, na jedną krótką chwilę – szarość w barwy, nijakość w wolność, rzeczywistość płaską w czasoprzestrzeń bezkresną, budząc i ośmielając marzenia niespokojnych duchów, niespokojnych ptaków, nie tylko zresztą – niebieskich ptaków.

Rewolucja??? A skąd!!! Raczej „Zabawa w ciuciubabkę“.

Ta wydawałoby się trywialna piosenka Czesława Niemena, chyba najwybitniejszej postaci polskiej muzyki nieuczesanej i niepokornej wszech czasów, artysty który zaczął swą muzyczną karierę właśnie tu w Gdańsku, wówczas gdy zaczynał – stolicy polskiej muzyki rozrywkowej, ów utwór idealnie opisuje tamtą, dawno minioną rzeczywistość.

ZASZCZYT i PRZYWILEJ JESZCZE JEDNEGO ZDARZENIA WOLNOŚCI…
Kto jak kto, ale akurat my, my tutaj w Gdańsku, mamy wyjątkowy zaszczyt i przywilej celebrować to co zaczęło się w klubie Rudy Kot w ów marcowy wieczór prawie 60 lat temu.
Doceńmy to – doceńmy samych siebie.

Skorzystajmy z tego przywileju, bo możemy być najbardziej wygrani upamiętnieniem owego niepozornego zdarzenia w niemiłosiernie zadymionej dymem tanich papierosów sali nieistniejącego dziś klubu Rudy Kot.

Więc skoro możemy być z tego dumni tak normalnie, radośnie i bez patosu, że Gdańsk czy szerzej – Trójmiasto, dzierży dziś palmę pierwszeństwa jeszcze jednego zdarzenia wolności, tyle, że wolności zwykłej, małej i zwyczajnej, wolności tym razem bez krwi i ofiar, wolności, która nie wiązała się z cierpieniem, a wręcz przeciwnie – kojarzy się z radością, z energią, z doznaniami ducha w równej mierze jak i ciała, bo w końcu w zdrowym ciele zdrowy duch…

No to zróbmy z tego właściwy użytek do którego zobowiązuje nas choćby tylko miejsce zamieszkania.

W morzu patosu wydarzeń wolności, tych poważnych, najczęściej tragicznych i smutnych, nie umniejszając ich wagi i nie sięgając wyżej niż należy, umyka nam dziś świadomość, że ta nasza wolność zaczęła się pojawiać w Gdańsku też i tak zwyczajne, niepozornie i po prostu – także dzięki niedocenianej i wyśmiewanej wszędzie „kociej muzyce”. Pewnie nikt nie mógł wtedy podejrzewać, że minie ledwie kilka lat, a z tej tak często lekceważonej „kociej muzyki” młodych ludzi wyfruną wspaniałe, nowe i barwne motyle pt. the Beatles, the Rolling Stones, formacje Jimi Hendrix’a, Led Zeppelin, Pink Floyd, Red Hot Chili Peppers i Pearl Jam, U2 i Radiohead, Jack White, czy wreszcie prawie nieletni jeszcze bracia Kiszka z formacji Gretha Van Fleet, by wymienić tu ledwie kilka z kamieni milowych…Tych wciąż w ruchu, które mchem nie obrosną na szczęście nigdy i wciąż będą toczyć się w naszej pamięci. To dlatego, nie tylko powinniśmy pamiętać ów gdański wieczór, 24 marca w klubie Rudy Kot, nie tylko powinniśmy radośnie fetować ten dzień i tamten koncert, nie tylko w każdą rocznicę 24 marca, ale też tak w ogóle – często, i jeszcze częściej…

Namawiam – warto potraktować owo niepoważne, wtedy niepozorne wydarzenie poważnie. Choćby tylko dla nas samych, może tylko z racji naszego lokalnego patriotyzmu szczególnie? Bo kiedyś młodzi ludzie w Gdańsku, a dziś poważni Gdańszczanie, zaznaczyli swój udział w muzycznych dokonaniach Czesława Niemena, Krzysztofa Klenczona, Tadeusza Nalepy, Marka Grechuty, SBB, Leszka Janerki, Kazika Staszewskiego i Kultu, Fisza i Emade Waglewskich, Tomka Organka – by znów przypomnieć tylko kilka postaci…

Młodzi Gdańszczanie przed 60ciu laty, mają tu swój udział od poczatku i we wszystkim tym, co zdarzyło się w następstwie dziś zapomnianego koncertu, a to jest powodem do satysfakcji. Znacznie większej satysfakcji niż ta o której śpiewał i śpiewa do dziś Mick Jagger. Kończąc wreszcie ten długawy tekst, reasumując – mamy oto rocznicę radośnie radosną w czystej postaci, mamy możliwość celebrować ją jako 100% zabawy w zabawie, bez patosu i sztywnego ceremoniału.

Bez przechodzenia do historii? No nie. Wręcz przeciwnie, bo nawet Historia przez duże „H“ nie zawsze jest patetyczna. a raczej – mało kiedy jest patetyczna. Oni wszyscy wyżej wymienieni przeszli do historii, mimo, że tak jak Krzysztof Klenczon i jego gdańsko sopocki skład pt.Trzy Korony – sami w to nie wierzyli.

GDAŃSK BIG BEAT DAY”2019
Słuchając dźwięków ostatniego tu przerywnika muzycznego, gorąco zachęcam – zacznijmy już teraz pisać nasz ciąg dalszy tej historii. Zróbmy to sami z okruchów pamięci własnej, a może naszych rodziców, a może naszych znajomych, czy może – rodziców naszych znajomych… Zróbmy to sami skoro mamy taką okazję i poczujmy się tym wyróżnieni. Napiszmy tę historię najlepiej jak możemy.

Napiszmy tę opowieść w jakości najlepszej na jaką nas stać, by życie, po raz kolejny nie napisało jej za nas – znowu jakoś tak byle jak. Ale jak?

Tak na początek wystarczy upowszechniać ten tekst jako pretekst do dyskusji pt. „Jak barwnie i ciekawie opisać i upamiętnić pewien marcowy wieczór w Gdańsku przed 60ciu laty?“ Ważne, by zdążyć na niedzielę 24 marca 2019 roku. Ale jak?

Może nadsyłając do nas relację własną lub opowieść zasłyszaną od rodziców? Może odnajdując zakurzone fotografie w domowym archiwum i udostępniając je tutaj? Może na przykład… Na pewno macie własne propozycje jak odtworzyć z zakamarków pamięci złote czasy „Rudego Kota“.

A może ktoś posiada plakaty związane i z działalnością klubu, albo i tym, co działo się dalej w przestrzeni gdańskiej muzyki nieuczesanej i niepokornej… Nie, nie wszystko koniecznie musi być związane ściśle z tym pierwszym koncertem, choć najlepiej by było…

Niemniej wystarczy pozbierać ślady związane z muzyką rozrywkową w naszym mieście – od owego pamiętnego wieczoru sprzed lat 60ciu, aż po dziś dzień. Piszący te słowa zaprasza już teraz na kolejny spacer po muzycznych ścieżkach muzyki nieuczesanej i niepokornej w Gdańsku, ot coś na wzór ubiegłorocznego „Gdańsk Big Beat Day’2018“ ale nie tylko. Gdańsk Big Beat Day’2019, jako spacer będzie niewiele dłuższy, ale treściowo dużo bogatszy i atrakcyjniejszy niż ostatnio. O tym dokładniej poinformuję niebawem, tu w tym wydarzeniu…

Być może zaproszę Was na koncert „milowych kamieni“ rodzimej muzyki niepoważnej, także muzyki zainicjowanej tu w Gdańsku. Być może – jeśli uda się zrobić odpowiednia produkcję. Utwory te na żywo zabrzmią w całkowicie nowych opracowaniach i wykonaniach, a z nagrań archiwalnych spróbujemy odtworzyć piosenki oryginalne, tak dla zobrazowania drogi jaką muzyka i sztuka muzycznej realizacji przebyła w ciągu ostatnich
ostatnich 60-ciu lat.

Już teraz informuję, że zgłosić swój udział w koncercie może każdy – o tych sprawach szerzej już niebawem.

Na teraz zachęcam gorąco do poszukiwania gdańskich śladów rodzimej muzyki nieuczesanej i niepokornej, do kreatywnego komentowania niniejszego tekstu, udostępniania i upowszechniania idei…

Tymczasem gorąco pozdrawiam,

VN:F [1.9.22_1171]
OCEŃ ARTYKUŁ
Wynik: 10.0/10 (wszystkich: 2)
, 10.0 out of 10 based on 2 ratings

Polub Gazetę Bałtycką na Facebooku:

Autor

Redakcja

- Gazeta Bałtycka

Dodaj komentarz

XHTML: Można użyć znaczników html: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>