Święta z gangsterskim akcentem | Gazeta Bałtycka
Opublikowano: 25.12.2020

Święta z gangsterskim akcentem

Tak… taka sobie opowiastka. Ciężkie czasy… człowiek siedzi, rozmyśla, wspomina. Boże Narodziny… Jak to wtedy było? Było różnie. Czasami pełnia szczęścia i spokoju. Często niestety nie. Jak to w życiu.

Mañana … Kurcze… teraz to nie było śmieszne tylko paskudne. To najświętsze południowo amerykańskie prawo, od Meksyku i Karaibów, po Chile i Argentynę R1; mañana no hoy – jutro a nie dzisiaj.

Dosłownie przebierałem nogami. Wszystko już zakończone. Waliza spakowana. Bilety załatwione. Tylko wracać szybko do domu. Bo Boże Narodzenie tylko w domu liczy się naprawdę.

***

Staliśmy na redzie Santosu. Klasyczny w latach 90-tych, u poważnych armatorów kontrakt, skończył się 5 grudnia. Cztery miesiące i dosyć. Teraz dwa miesiące wypoczynku. A na początku urlopu Boże Narodzenie i Sylwester. Sweet dream ludzi morza.

Lecz już niemalże od tygodnia to przeklęte mañana no hoy i co ma być? Wigilia na kotwicy na drugim końcu świata? Szlag by to trafił!

Jednak jestem spod szczęśliwej gwiazdy – lecę w ostatniej chwili: R1; taksówką do Sao Paulo jakieś dwie godziny do lotniska ze statku, a potem Air France do Paryża i dalej do Warszawy, by wreszcie wylądować około południa, w Wigilię w Gdańsku.

23-go nad ranem, stoimy na mocno w TRANSPETRO Terminal de Santos. Spakowany jestem od dawna, kąpię się, golę, zjadam obfite śniadanie, wypijam parę kaw i o 6-tej taksówka zabiera mnie na lotnisko.

Tak mam zaplanowane. Wygląda precyzyjnie: jakieś 2 godziny taksówką z portu, na lotnisko Guarulhos w Sao Paulo, odprawa i fiuuu – lecimy do domu.

Taksówka ma mnie zabrać o 06:00 rano. Jak to u nich – plus, minus pół godziny.

***

Santos to największy i najruchliwszy port w całej Ameryce Łacińskiej. Mimo, że leży 26 stopni na południe od równika, to jako światowy wyjątek, ma klimat subtropikalny. Leje z nieba regularnie.

Miasto w większości leży na wyspie Sao Vicente, a nasz terminal wyładunkowy, pirs wysunięty daleko od lądu, zdolny pomieścić pięć oceanicznych gazowców, znajduje się akurat pod drugiej, zachodniej stronie miasta, więc pilot musi nas tam przeprowadzić w asyście holowników poprzez wąskie przesmyki.

Kilkugodzinna operacja od podniesienia kotwicy na redzie, do zacumowania “na mocno” w wyznaczonym miejscu rozładunku.

Pilot zgłoszony na 22:00 na burcie, więc czeka mnie bezsenna noc przed podróżą do domu.

***

Przywieźliśmy do Brazylii zbiorniki pełne gazu LPG z katarskiej rafinerii na Zatoce Perskiej. Dużo gazu.

Płynęliśmy z tej piekielnej Zatoki Perskiej Oceanem Indyjskim na południe, mijając po lewej burcie Madagaskar i mając po prawej Mozambik , aż do najdalszego krańca Afryki – Przylądka Igielnego, gdzie dwa oceany – Indyjski i Atlantyk mieszają swoje wody – raj dla ryb, wielorybów, fok i reszty zwierzyńca, a gdzie my wreszcie skręcamy i zaczynamy płynąć na północny zachód – do Południowej Ameryki.

Płynęliśmy pod brytyjską flagą. Gdy Irak zdecydował się zaatakować i zdobyć Kuwejt, co jak wiemy, zakończyło się Pustynną Burzą (Operation Desert Storm) pod koniec roku 1990, gdy koalicja 27 państw, pod egidą ONZ, lecz pod faktycznym przywództwem USA, rząd Kuwejtu w celu ochrony swojego narodowego armatora KOTC (Kuwait Oil Tanker Company), dla którego wówczas pracowałem, zdecydował się, na okres zagrożenia wszystkie swoje tankowce i gazowce, przeflagować, czyli na pewien okres uczynić te statki amerykańskimi i brytyjskimi jednostkami. Irak wówczas dwa razy się zastanowi, czy zaatakować tak potężnych przeciwników. I to działało.

Wypełniając międzynarodowe umowy i przepisy, na tym teraz “brytyjskim” gazowcu Gas Al *****, kapitanem i starszym oficerem, oraz starszym mechanikiem i drugim mechanikiem byli Brytyjczycy, a ja. ETO, byłem jedynym Polakiem. Oficerami wachtowymi na pokładzie byli Kuwejtczycy, a w maszynowni różnie – Egipcjanie, Pakistańczycy, czy Syryjczycy. To oczywiście oficerowie. A załoga podstawowa, to albo Filipińczycy, albo też Pakistańczycy.

Nasza piątka Europejczyków miała przerąbane. Wzięli nas, wabiąc świetnymi zarobkami, bo zagrożenie, bo strefa wojenna – jedna głupia rakietka z łodzi rybackiej i wybuchamy tak, że wszystkie satelity to zarejestrują. Zarządzaliśmy i kierowaliśmy tymi statkami. Trzymaliśmy je w ruchu i w pełnej sprawności. Niestety pomocników mieliśmy lichych.

Kuwejccy oficerowie z mostku, to synalkowie z parszywie bogatych rodów, lenie i nieuki, zafascynowani złotymi pagonami i epoletami, szpiegowali nas bezustannie i donosili do rządowej centrali, każde nieostrożne słowo i nie daj nasz Panie Boże, jakąś krzywą uwagę o islamie. Takie typy – w twarz uśmiechnięci przyjacielsko, a odwróć się tylko na chwilę, a masz już wbity nóż w plecy. I jeszcze jedno – wtedy jeszcze nie było prohibicji na statkach i ci z Kuwejtu byli najlepszymi klientami naszego pływającego pubu. Nawet w Ramadanie – okresie całodniowego postu, modlitwy i umartwiania się. Tacy religijni.

Arabowie pracujący pod pokładem w maszynowni też byli marni. Kompletny brak specjalistycznego wykształcenia. Praca wyłącznie na rozkaz i precyzyjne polecenia. A co ciekawe – ci z Kuwejtu traktowali ich z najwyższą pogardą.

Ale cóż – pecunia non olet.

Zatokę Perską – najbardziej niebezpieczny odcinek podróży – pokonywaliśmy w eskorcie amerykańskich fregat i helikopterów. Aż do cieśniny Bab el Mandeb. Dalej byliśmy wolni.

***

Oczekując na wymustrowanie, po nocnych manewrach cumowania, gotowy, wykąpany, itd., jak co dzień, gdzieś przed piątą wybrałem się na mostek, by tam napić się świeżej kawy z ekspresu.

Radosnym okrzykiem przywitałem wachtę na mostku, ale… coś wyraźnie było nie tak.

Dwóch wachtowych marynarzy z przylepionymi do twarzy lornetkami, jak kamienne posągi wpatrywało się w coś na śródokręciu. Natomiast 3-ci oficer, Ali, wesoły chłopak, lecz nie za kumaty, w czarnych jeansach od Armaniego, białej koszuli szytej na miarę z pagonami, i mokasynach Gucciego, zachowywał się dokładnie, jak ten z Gangu Olsena w kapelusiku w chwilach zdenerwowania.

Złapałem kolejną lornetkę i skierowałem tam, gdzie marynarze. Wyraźnie było widać gościa, który niespecjalnie starał się kryć, z pistoletem w garści.

Wiele nie myśląc nacisnąłem General Alarm, a potem po kolei włączyłem reflektory pokładowe, mimo, że już był świt. Złapałem za ukaefkę i na kanale 6-tym, zacząłem, starając się być spokojny, zgodnie z procedurą, wołać znane na całym świecie: – Mayday! Mayday! Mayday! Ship in distress. I podałem portową lokalizację. Nic. Zero odpowiedzi. Zacząłem wołać na kanałach portowych. Nic. Policji, agenta i w końcu kogokolwiek. Cisza.

Ciszę przerwał statkowy telefon. Odebrałem i usłyszałem wprost histeryczny piska kapitana: R1; Wyłączcie ten fucking alarm !!! Oni mnie zabiją. Myślą, że to ja.

No ładnie… Znaczy się złodzieje, piraci, czy gangsterzy, są już w nadbudówce i u kapitana. Czyli teraz jesteśmy spokojni, grzeczni i pokazujemy rączki wszystkim obcym.

Byłem już ubrany do podróży, czyli swobodnie i lekko, a to mnie nieco odróżniało od naszych mundurowców, oraz wyciągniętych w gaciach z koi kolegów. Brazylijskie oprychy nie kazały mi jak reszcie klęknąć przy swojej kabinie z rękoma za głową. Na sam nie wpadłem na ten pomysł. Co jest?! Biorą mnie za swego?

Mostek, wiadomo, jest na samej górze, pokład niżej mieszkają i mają swoje biura – kapitan, starszy mechanik i starszy oficer. Jest też tam tak zwana kabina armatorska, pusta zazwyczaj, na wypadek gdy przyjeżdża ktoś ważny z biura, albo zapasowy pilot chce się przespać. Tym razem spał tam mój zmiennik, Polak, a jakże, który dołączył do nas wieczorem, wraz z pilotem przypływając motorówką na redę.

Chłopina, jak się później okazało, na swoje nieszczęście, nawet nie zaczął się rozpakowywać.

Ja, z resztą oficerów, mieszkaliśmy pokład niżej, a pod nami zwykła załoga.

Gdy przemykałem się na dół, rejestrując sterroryzowanych kolegów i paru oprychów z giwerami, wyczułem spory niepokój wśród napastników. Portugalskiego nie znam, więc nie wiem, co krzyczeli, ale wyraźnie zbierali się do ewakuacji.

Jak się później okazało, zdobyli to, co najważniejsze, a alarm generalny statku przepłoszył ich i zrezygnowali z plądrowania kabin – załogi. Na całe szczęście. Gdyby dotarli do Filipińczyków, mogłoby być krwawo. Oni łatwo nie oddają ciężko zarobionych pieniędzy.

Gdy z powrotem byłem na mostku, zobaczyłem piratów z paru pakunkami, wsiadających do dwóch gumowych, szybkich łodzi. Po minucie zniknęli w labiryncie kanałów, wysepek i ujść rozlicznych rzek. I wtedy jak na zawołanie rozwrzeszczały się radia i ukaefki.

Swobodny już teraz starszy oficer opisał cały incydent władzom.

Zszedłem na dół, do kapitana, będącego ciągle w dużym szoku. W biurze u niego totalny bałagan, kasa pancerna otwarta na całą szerokość, dokumenty porozrzucane na podłodze. Zrobiłem to co najważniejsze – dziękując Bogu, odnalazłem portfolio z moimi papierami i paszportem. Dokumenty całej załogi zawsze są w sejfie u kapitana, bo we wszystkich portach, władze lokalne muszą je sprawdzać.

Kapitan w kółko powtarzał, że ukradli mu jego okulary i jak on będzie teraz pracował. A po chwili niemalże się rozpłakał, bo zabrali także jego ukochaną skórzaną kurtkę.

Gdy później już ochłonął, powiedział, że wiedzieli dokładnie po co przyszli. Gdy zmusili go do otwarcia sejfu, zabrali stamtąd 30 tysięcy dolarów i zaczęli wrzeszczeć – gdzie jest pozostałe dziesięć?!

Bo tyle faktycznie kapitan miał i co zgodnie z przepisami zgłosił władzom brazylijskim. Te brakujące 0 tyś. $ miał przykryte na biurku i już podzielone na kupki do zapłaty za prowiant, paliwo, smary, śmieci, itd.). Oczywiście oprychy też to ukradły.

Załoga i oficerowie niewiele stracili. Oprócz mojego biednego zmiennika. Zabrali po prostu jego nierozpakowane walizy z całym jego podróżnym majątkiem. Ja straciłem tylko spokój.

Rabunek był ewidentnie nagrany i bez wątpienia z kimś z miejscowych władz. Skąd by wiedzieli ile kasy ma kapitan? Dlaczego nikt nie odpowiadał długo na wezwania o pomoc?

Można powiedzieć – co kraj to obyczaj.

Po dobrym kwadransie musieliśmy jeszcze jeden szok przeżyć.

Gdy tak staliśmy tu i ówdzie w grupkach, rozprawiając o wypadkach, nagle ponownie wparowała do nas banda uzbrojonych zbirów.

Zrezygnowani, już niezdolni do jakiejkolwiek akcji, podnieśliśmy ręce do góry. Na to grubas na czele, wąsacz w jeansowym komplecie, z wielki coltem w garści, pomachał tą armatą, oznajmiając: R1; Okej, okej! Policija!.

Mogliby mieć chociaż jakieś odznaki dranie.

***

Taksówka przyjechała jak trzeba. Ja już byłem zmustrowany. Podróż do monstrualnego Sao Paulo, to tylko dobra chwila i po planowanych dwóch godzinach odprawiałem się już na lotnisku i przeszedłem do strefy wolnocłowej. Napięcie powoli zaczęło mi odpuszczać.

Nie pierwszy raz byłem w Brazylii. Santos, Rio, Manaus, Ilheus… Lecz tym razem chciałem jak najszybciej spieprzać stamtąd, z tych mokrych tropików i w końcu zacząć odczuwać świąteczny nastrój z mrozem, śniegiem, choinką, a oczywiście przede wszystkim – ze szczęśliwą i jak zawsze wytęsknioną rodziną.

Lotem Air France do Paryża wracała do kraju jakaś radosna artystyczna ekipa. Toteż już w przeddzień Wigilii miałem sylwestrową zabawę. Pili, śpiewali, tańczyli. Całowali się i obściskiwali. Fajnie.

Wreszcie Rębiechowo. Jest żona. Martwiła się, że nie zdążę.

Ja też się martwiłem.

Autor

- publicysta. Z zawodu inżynier elektronik pracujący od 30 lat za granicą na morzu. Konserwatysta.

Wyświetlono 2 komentarze
Napisano
  1. Sentymentalna oryginalna historia z wojaża pana marynarza… 😉
    Teraz to lepiej niech sie pan martwi że sługusy NWO czyli pro syjonistyczny pis ( Którzy w odróżnieniu od innych sługusów nwo jakim jest PO, lewica à także pseusystemowców z tak zwanej konfederacji – udaja że ratuja Polske) „zafunduja” nam diaboliczne szczepienia na Covid1984.

    Ale tego pan Janusz publicystyki nie pojmie…bez watpienia. Idź pan spać, Panie Kamiński.
    Pozdrawiam

  2. R pisze:

    Pseudosystemowców, miało być.
    Ogólnie, Panie Januszu, czasami pan jarzy że gdzieś dzwonia. Żeby być obiektywny.

Dodaj komentarz

XHTML: Można użyć znaczników html: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>